2 września 2013

Uderz w Pomnik, a...


Bardzo mocno się cieszę, że mój ostatni tekst stał się przyczynkiem do pewnego rodzaju debaty nt. obchodów rocznicy ewakuacji Armii Radzieckiej z Legnicy. Wierzę mocno, że wielu osobom dał on powód do zastanowienia się nad pewnymi aspektami obecności żołnierzy radzieckich w naszym mieście. Szanuję każdą z opinii, pod warunkiem że stała się ona owocem solidnej analizy i że wyrosła na gruncie zdrowych argumentów.

Mój stosunek do całej tej idei "Małej Moskwy" jest doskonale znany i nigdy go nie ukrywałem. Naprawdę nie zamierzam być, podobnie jak inni legniczanie, eksponatem w tym skansenie i to nie tylko dlatego, że nie jestem beneficjentem mitu "Małej Moskwy", nie robię na tym interesów i nie łażę na wspólne rauty i popijawki ze zwolennikami "małomoskiewskości" Legnicy, nie fraternizuje się z nimi i do niczego nie potrzeba mi ich poklepywań po plecach.

Głównie dlatego, że jestem rodowitym legniczaninem, nie zostałem tu przeniesiony 19 lat temu, tu się urodziłem i tu wychowałem, tu codziennie mijałem radzieckich żołnierzy, tu próbowano wtłoczyć mi do głowy język jedynie słuszny i tu na siłę zapisywano mnie do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Ale przede wszystkim dlatego, że naprawdę uważam, iż robienie z naszego piastowskiego grodu "Małej Moskwy" jest niewybaczalnym zubożeniem jego historii, tak mocno polskiej przez tyle lat.

Jestem dumny z mojego piastowskiego grodu i jego wielowiekowej historii, głównie polskiej, ale także tej części czeskiej czy niemieckiej. Jedyne z czego nie jestem dumny, to z pobytu wojsk radzieckich w moim mieście. Dlaczego? Dlatego, że z ich pobytu w Legnicy nic dobrego nie wynikło do dziś. Proszę pokazać mi jakiś budynek wybudowany przez Rosjan dla mieszkańców, jakąś najmniejszą wymierną korzyść, którą moglibyśmy się cieszyć do dziś. Ich pobyt był w stu procentach objawem pasożytnictwa. Zostawili nam tylko puste ruiny, które musiały być stawiane na nogi z naszych pieniędzy. Ach, przepraszam, mamy jeszcze to stalinowskie szkaradztwo stojące na Placu Słowiańskim, dawnym Placu Stalina.

Po moim tekście dotarło do mnie dużo głosów poparcia, także od panów z tytułami naukowymi (m. in. wzruszający list od pewnego pana dr. hab z Warszawy, który dzieciństwo spędził w Legnicy), były oczywiście też głosy zgoła odmienne, jedna osoba nawet ostentacyjnie usunęła mnie ze grona znajomych na Facebooku (brawo, medal za to murowany). Odpowiedział na mój tekst także pewien były dziennikarz, obecnie związany z pewną placówką kulturalną (autor nie używa moich danych personalnych, robię to samo - nie chodzi przecież o "personalne wycieczki" a o różnice w poglądach). Przyznam się szczerze, że z apetytem zabrałem się za lekturę jego długiego tekstu (im dłuższy tekst, tym mniej wiadomo) ale po przeczytaniu pierwszego akapitu zrezygnowałem.

A to dlatego, że już na samym początku tekstu zostaję określony "publicystą legnickiego radia", co jest nie tylko ogromnym nadużyciem, ale po prostu jawną nieprawdą. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym, piszę bo lubię, nikt mi za to nie płaci, mało tego, to ja dopłacam do tego swojego blogerskiego hobby, choćby opłacając koszt domeny. Mało tego, żaden mój felieton nigdy nie pojawił się na stronie internetowej mojego radia, nie odczytuję też swojej publicystyki na antenie Radia Plus.

Jedyne miejsce, gdzie swoje poglądy i opinie umieszczam, to mój prywatny, niezwiązany z żadnym innym podmiotem, blog oraz inne platformy blogerskie, niezwiązane z moim miejscem pracy. Zmuszony jestem mieć tę pewność, że tylko przy dużej ilości złej woli można próbować mnie wtłoczyć na siłę do szufladki z napisem "publicysta legnickiego radia" Nie jestem publicystą radia, żadnego. A tak, to mamy sytuację analogiczną, jakby jakiegoś pracownika Huty Miedzi po godzinach pracy, podczas wędkowania i po dwóch piwkach, przyłapać na wyklinaniu Tuska  i napisać potem, że Huta Miedzi jest antyrządowym zakładem pracy, w którym w dodatku na masowa skalę szaleje alkoholizm.

Rozumiem jednak, że tak jest wygodniej, bo w obecnej debacie publicznej trzeba być po jakiejś stronie, z kimś trzymać sztamę albo być pod kogoś podwieszonym. Przeciwnik w debacie, który pozwala sobie być niezależnym jest niewygodny, wróg musi mieć jakiś szyld i musi trzymać w ręku jakiś sztandar. Bo kogo by przecież obchodziło to, że jakiś Piotr Cybulski śmiał bąknąć coś złego o idei "Małej Moskwy"? Kto to jest w ogóle ten Cybulski? No ale jeśli zrobi to "publicysta legnickiego radia" to już jest inna para kaloszy. Wtedy mamy Cię. Natychmiast następuje cały ciąg logicznych powiązań epitetowych - bo wiadomo - legnickie radio jest diecezjalne, czyli katolickie, czyli katolik, czyli prawicowiec, czyli oszołom i faszysta... i oto wróg został zidentyfikowany. Wnioski zostawiam Szanownym Czytelnikom.

Tym bardziej, że w pierwszym zdaniu, tuż po "publicysta legnickiego radia", mamy ciąg dalszy jazdy bez trzymanki: ...i jego polityczni sojusznicy chcą pozbawić legnickiego lwa ruskiej onucy. Z kibolskim wdziękiem, przy pomocy bejsbola, sierpa i młota". No i wszystko jasne, wśród argumentów musi pojawić się przecież wątek kibiców, bo wiadomo że wróg musi mieć jakieś swoje zbrojne ramię. Kibice w III RP są do tej roli idealni. Ludzie muszą się kogoś bać, przestają bać się PiS-u, niech zaczną się bać kiboli.

Tylko, że ile było maczet i bejsboli wczoraj, pod Pomnikiem, kiedy startowała kampania społeczna URSO? Nie zanotowałem ani jednej. Kiboli jakoś też nie było, byli za to kibicie, którzy nawet paluszkiem nie machnęli, mało tego, sami musieli uspokoić ze dwa razy jednego agresywnego Pana, wroga pomysłu usunięcia tego pomnika, który ewidentnie szukał zadymy i próbował prowokować. Dziwne, agresja po drugiej stronie, ale to mi i wyimaginowanym"moim politycznym sojusznikom" wkłada się do ręki na siłę bejsbola?

I właśnie dlatego nie zabrnę ani o krok dalej w tej debacie, bo zwyczajnie mój instynkt samozachowawczy nie powala mi wejść na ring do walki z przeciwnikiem, który miast sierpowymi uderzać, zaczyna od ciosów nieczystych. I choć mógłbym sobie pozwolić na cały szereg złośliwości, to nie zrobię tego, gdyż będąc z niektórymi w jednej debacie, mógłbym być z nimi potem, nie daj Boże, kojarzony. Pozwólcie zatem, że nadal przeszkadzać mi będzie mit Małej Moskwy, w którym to wy, niczym żylaste polędwiczki, nadal będziecie się dusić a te całe wasze obchody, potraktuję jak kura jajko... jakoś postaram się je znieść.

p.s. Byłbym wdzięczny, gdyby nie klepano mnie z jednej strony dekalogiem a z drugiej frazami moralizatorskimi... ojca mam nadal, autorytety moralne też. Pozdrawliaju.

Piotr Cybulski


Udostępnij wpis