25 czerwca 2013

Państwo byle jakie

Pamiętam jak jakiś czas temu przeczytałem z wielką uwagą tekst Czesława Bieleckiego, opublikowany w "Plusie Minusie", tradycyjnym sobotnim dodatku do Rzeczpospolitej. Autor w swoim pokaźnych rozmiarów tekście, będącym doskonałą formą analizy sytuacji kraju, zarysował właściwie wszystkie moje przemyślenia odnośnie funkcjonowania Polski.


Ta analiza zawiera się w trzech prawdziwych i bolesnych słowach - Polska byle jaka. "Bylejakość" nie jest czynnikiem, który coś uniemożliwia w czasie ciszy i spokoju, natomiast jest generalnym czynnikiem, który paraliżuje, gdy dochodzi do sytuacji nadzwyczajnych. Można używać tanich i byle jakich zamienników do auta i będzie ono jakoś pyrkało po prostej i równej drodze ale jest bardziej niż pewne, że zawiedzie, gdy będzie musiało zmierzyć się z ekstremalnym terenem i trudnymi warunkami.


Polska jest jak ten pijany w sztok menel - ustać może i jakoś ustoi na nogach, ale gdy kazać mu zrobić jaskółkę czy przejść po prostej linii, natychmiast ryje nosem w glebę. Nie ma mocnych, natury nie oszukasz, bylejakości nie ukryjesz w czasie trudnej próby. Podobnie jest i z Polską - nasz kraj jako tako funkcjonuje, gdy nic się nie dzieje, lecz gdy nadchodzi trudna próba, okazuje się że nic tu nie działa jak należy a nawarstwione zaniedbania okazują się balastem, który nas pogrąża.


Najlepszy tego przykład mamy w okresie wiosny i lata, gdy zazwyczaj nawiedzają nas ulewy. Okazuje się, że zwykła ulewa może być powodem licznych podtopień i powodzi, choć gdzie indziej (w innych krajach) powodzie występują dopiero wtedy, gdy te ulewy występują intensywnie i długotrwale. U nas wystarczy godzina czy dwie dość intensywnego deszczu a już zalewa ulice, tunele, wsie i drogi.


Zgodnie z prawem ogłoszonym przez Bronisława Komorowskiego "woda ma to do siebie, że spływa". Jeśli nie ma alternatywnych źródeł do spływania, czyli udrożnionych rowów czy oczyszczonych studzienek kanalizacyjnych, wybiera sama sobie drogę ujścia i nie patrzy czy przy okazji podmyje wieś, drogę czy zaleje most. Woda nie myśli, za nią powinien myśleć człowiek, dążąc do kierowania nią tak, by nie czyniła szkód.


Niestety, po licznych powodziach, decydenci nadal nie mogą wyciągnąć wniosków z prostych sytuacji, a nadal idą za mickiewiczowskim "„szlachta na koń wsiądzie, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie". Jeśli ma być jakoś, to jest więcej niż pewne, że będzie byle jakoś. I jest. Co deszcz to zalanie, tłumaczenia 'bo tyle wody spadło, nie zdążyła odpływać". A g*** prawda - chciałoby się odpowiedzieć.  Takich tłumaczeń nasłuchałem się właściwie już setki razy, począwszy od roku 1997, kiedy to mieliśmy powódź stulecia.


W wielu miejscach nie zrobiono nic, by choć trochę zminimalizować skutki takich niespodzianek atmosferycznych. Wały nadal nie wzmocnione, zbiorniki retencyjne niepobudowane, koryta rzek niepogłębione, rowy zaśmiecone i nie udrożnione a studzienki kanalizacyjne nie czyszczone od lat (za komuny raz na parę miesięcy "szambiarka" przyjeżdżała i czyściła studzienki na mojej uliczce, widocznie szambiarki odeszły wraz z komuną). No ale za to mamy sypiące się drogi, budowane naprędce i z materiałów asfaltopodobnych i stadiony budowane za 3 razy więcej pieniędzy niż są warte.


A Polskę co roku po kilka razy zalewać będzie, bo przecież "woda ma to do siebie, że spływa". No chyba że w końcu pójdziemy po rozum do głowy i po kolejnym zalaniu wodą zaleje nas też krew i pogonimy tych, którzy nic nie robią i za nic nie odpowiadają, potrafiąc jedynie zrzucać całą winę na matkę naturę. A jej wina tylko w tym, że rozumu im nie dała.


Posłuchaj felietonu w wersji audio. Czyta autor.


Udostępnij wpis