12 czerwca 2013

Ministrowie dwoją się i troją

Żyjemy w czasach kryzysu, który może nie jest przez wszystkich odczuwany, ale skoro eksperci zapewniają, że jest, to trzeba im wierzyć na słowo. Jak kryzys, to i cięcia, szukanie oszczędności, redukcje - słowem: zaciskanie pasa. Pas się zaciska głównie tam, gdzie pieniędzy trzeba najbardziej, raz że z potrzeby a dwa z niegospodarności i przeciekania owych środków. Ale przecież po co męczyć się z reformami czy restrukturyzacją, skoro można po prostu przyciąć środki, wtedy przeciekać będzie nie z 10 mld zła np. tylko 4 mld.


Są jednak takie dziedziny życia, gdzie nie tylko nie ma żadnych cięć, ale jest wręcz pomnażanie. Takie rzeczy dziać się mogą tylko w urzędach, bo tam pieniążków nigdy nie zabraknie - w końcu dają sami sobie, to co będą żałować. Ze swoich też nie dają, tym łatwiej te pieniądze sobie przyznawać. Czytam właśnie na jednym z portali (wp.pl) o nadprodukcji ministrów (brzmi jak nadprodukcja świń, z tym że ze świń to jeszcze jakiś pożytek, bo na obiad można przerobić, a ministra waćpań nie zeżresz). Co ciekawsze, taka nadprodukcja odbywa się na granicy prawa.


Minister finansów Rostowski oraz minister gospodarki Piechociński mają obecnie po dwóch sekretarzy stanu, choć prawo dopuszcza posiadanie tylko jednego. Ale z prawem w Polsce jest jak ze świętami - my Polacy obchodzimy je regularnie i jeśli coś jest na granicy prawa, to jest w pełni legalne i moralnie dopuszczalne. Kolejne stanowiska, to oczywiście kolejne profity, czyli kolejne setki tysięcy publicznych pieniędzy, które są przyznawane swoim, a nie są to małe pieniądze, bo do władzy nie po to się idzie, by zarabiać tylko nieco powyżej średniej krajowej.


Żyjemy i tak w kraju maksymalnie przerośniętej biurokracji, gdzie na jednego dyrektora przypada 3 wicedyrektorów a ten z kolei musi mieć 5 zastępców, ci z kolei 10 referentów starszych, starszy referent nie obejdzie się bez 10 referentów młodszych, a tym przecież ktoś też musi kawę robić i po szlugi skakać. Tylko patrzeć, jak dożyjemy tych komfortowych czasów, gdy na jednego obywatela przypadać będzie jeden urzędnik, nie będzie kolejek bo obsługa będzie na zasadzie concierge... masz sprawę, to dzwoń do swojego rodzinnego osobistego urzędnika, on sprawę załatwi "pędzikiem". To znaczy załatwi, jak skończy kawę i będzie mu się chciało.


Temat mnożenia się urzędników, to sprawa stara i chyba w naszym kraju nie do ruszenia, chyba że (o naiwności!) faktycznie znajdzie się ktoś z jajami, kto władzę zdobędzie i zrobi porządek z tym urzędniczym, wiecznie nienasyconym, balonem, który nie po to jest by państwo funkcjonowało płynnie, lecz po to by dać zarobić swoim, bo Ci swoi z kolei zapewniają poparcie i utrzymanie władzy. Piszę o tym tylko dlatego, że trudno w takiej sytuacji narzekać na potężny deficyt uczciwości wśród zwykłych obywateli, skoro ministrowie, osoby od których teoretycznie powinien iść przykład, w świetle prawa to prawo omijają. Minister Rostowski, odmieniający słowo "oszczędność" przez wszystkie możliwe przypadki, w praktyce pozbył się go ze swojego słownika i ani myśli oszczędzać.


Kierowanie się zasadą, że co wprost nie jest zakazane, to jest dozwolone, jest już niestety etyczną równią pochyłą. No ale przecież ponoć z prawem jest jak z płotem: tygrys przeskoczy, żmija się prześliźnie ale bydło przynajmniej się nie rozejdzie. I dlatego ministrowie dwoją się i troją, dosłownie.


Posłuchaj felietonu w wersji audio. Czyta autor


Udostępnij wpis