16 lutego 2013

Nagłe uderzenie asteroidy, czyli kosmiczne jaja na ziemi

Wczorajszy dzień upłynął nam pod znakiem kosmicznych fajerwerków. Na piątkowy wieczór zapowiadano przelot asteroidy, ale bardziej znaczące stały się wydarzenia z piątkowego poranka, kiedy to deszcz meteorytów zbombardował jedno z rosyjskich miast.


Przyznam, że na początku stroiłem sobie żarty z tego, z racji tego, że Rosja to taki kraj, który przy każdej rzeczy karykaturalnie musi się napuszać. Bardzo szybko zaczęli się przechwalać, że ich system obrony zareagował a nawet udało im się coś lecącego zestrzelić. Natychmiast pojawiła retoryka, zupełnie jakby meteoryty były imperialistyczne, ale na szczęście dzielne rakiety Armii Radzieckiej wszystkie co do jednego zestrzeliły, jeden to nawet osobiście zatrzymał Putin w bohaterskiej szarży. Dla Rosji bowiem takie coś, to nie wypadek losowy, to propagandowa porażka. Kamienie czy nie, Rosja została zaatakowana.

Żartowałem sobie z tego, ale potem sprawa niestety zrobiła się poważna, mimo niepoważnych niektórych komentarzy ze strony rosyjskich urzędników. Liczba rannych w ciągu dnia urosła z 4 (tyle podano rano) do prawie 1000 osób wieczorem, więc tu już miejsca na żarty nie było. Na szczęście pewne rzeczy nie znoszą pustki i żarty znowu się zaczęły, bo oto w miarę możliwości zacząłem podglądać "narrację" prowadzoną przez jeden z ogólnopolskich kanałów informacyjnych.

Kulminacja tego nastąpiła pod sam wieczór. Program specjalny, transmisja z przelotu na żywo, eksperci w studio. Panie doktorze, czy asteroida uderzy? Czy może uderzyć? Czy jest na to szansa? Eksperci, jak przystało na logicznych naukowców, tonowali apokaliptyczne nastroje dziennikarzy, jednak pytania wciąż dążyły do jednego: A jakby uderzyło, to jak duże byłyby zniszczenia? Aha, zniszczyłoby obszar wielkości Nowego Jorku? A dlaczego nie dwóch Nowych Jorków?

Po godzinie oglądania tego podsycania paniki, sam zacząłem się martwić o losy cywilizacji. A co będzie jak faktycznie uderzy? Ze wstrzymywanym oddechem doturlałem się jakoś do tej 20.25, o której miało nastąpić uderze... tfu, przelot. I nastąpił. Najlepsze teleskopy pokazały mi jakąś malutką główkę od szpilki. Aha, i co? I to to niby miało w nas uderzyć? Ten drobiazg narobił tyle strachu? Takie coś? Takie kosmiczne nic? Taki okruch, jeden z wielu?

Rozumiem, że obecne media muszą się czymś żywić a najbardziej pożywna jest sensacja, pompowanie atmosfery paniki. Jednak powinny być jakieś granice przyzwoitości, poza które nie powinno się w sztuce dziennikarskiej wychodzić. Granice te jednak wydają się typowe dla strefy Schengen, po prostu ich nie ma. Miało być wiele ognia, było trochę dymu i zmoczony kapiszon. Czyli nic nowego. Chociaż nie, było coś nowego. W ciągu godziny na pewnym kanale, usłyszałem więcej teorii spiskowych, niż na tej samej antenie w ciągu prawie 3 lat od katastrofy smoleńskiej. Jaja sobie z nas robią. Kosmiczne, na ziemi.

Posłuchaj felietonu w wersji audio. Czyta autor.

Udostępnij wpis