3 września 2011

Natrętna moda na debaty jest próbą ich obrzydzenia

W dzisiejszym świecie o egzystencji zjawisk, czy przedmiotów wszelkiego autoramentu, coraz mniej decyduje naturalna przydatność, coraz częściej jest to po prostu zwyczajna moda. W obecnie trwającej kampanii wyborczej zauważyłem właśnie taką nienaturalną modę. Modę na debatę.


Debatę z każdym, wszędzie, na każdy temat, każdy z nikim i nikt ze wszystkimi. Nieważne, byleby powstało coś, co będzie można później nazwać, nawet na wyrost, debatą. Przykład tego mieliśmy 26 sierpnia, kiedy to do studia Polsatu weszli obecny premier z obecnym wicepremierem, by ze sobą debatować.


Debata między koalicjantami, przypominała jako żywo próbę zaklaskania za pomocą jednej ręki. Ręką niby machano cały czas, klaśnięcia jednak nie uświadczyliśmy. Złośliwi po debacie mówili, że Jarosław Gugała, prowadzący tę debatę, był jedynym, który dotrwał do jej końca.


Codziennie w mediach pojawia się coś spod znaku "debaty". Jedni zapraszają drugich a drudzy trzecich, wybierane są tematy, konsultowane są formuły tych debat, wybierane są stacje, w których te debaty się odbędą. PO, PSL, PJN i SLD dostają do dyspozycji po małym skrawku czasu, którego nijak w logiczny sposób nie będą w stanie zagospodarować, choćby nie wiem jak się napinali.


Ale przecież nie muszą. Debata, pojawiająca się na zasadzie mody, czyli zwykłego odfajkowania, nie musi być spotkaniem, z którego cokolwiek musi wynikać. Takiej debacie wystarczy, że się odbędzie a tuż po niej dyżurni komentatorzy podsumują, kto wygrał a kto przegrał. Reszta nie będzie ważna, bo przecież ci co i tak zdaniem wielu wygrają te wybory, nie mają żadnego pomysłu na Polskę a ci, co mają pomysły, mają małe szanse na wygraną i zrealizowanie swoich pomysłów.


I w taki właśnie sposób zabetonowana scena polityczna zdziera z każdej debaty barwy jakiegokolwiek sensu. Sens pojawi się dopiero wtedy, gdy debata będzie miała jakiekolwiek znaczenie w odniesieniu do końcowych wyników wyborów. Póki co są to tylko zwykłe show, zresztą kiepskiej jakości, które się po prostu odbywają a następnego dnia i tak nikt nie pamięta o tym, co tam mówiono i kto co obiecał.


Wiadomo tylko tyle, że debatę wygra ktoś z PO, nawet gdyby PO wystawiła do debaty słomianego chochoła. Tym mocniej rozumiem decyzję Jarosława Kaczyńskiego, który nie zdecydował się na takiego rodzaju debaty. Mówią, że jest tchórzem i się przestraszył? Niekoniecznie, może po prostu jest poważnym politykiem, którzy nie zamierza uczestniczyć w niepoważnych i szkodliwych projektach.


Bo odnoszę wrażenie, że jest to perfidny projekt obliczony na obrzydzenia nam na długi czas tematu debat, tak jak swego czasu pewne salonowe media wielu osobom obrzydziły temat tragedii smoleńskiej. Tak wytrwale tłuczono dzień w dzień różne rzeczy dotyczące tej katastrofy, w większości nieprawdziwe, aż w końcu wiele osób na sam dźwięk słowa "Smoleńsk" dostawało drgawek.


Teraz to samo mainstream zamierza zrobić zrobić z debatami. Wprowadza taką na nią modę, absolutną i niepodważalną, taką natrętną i nie znoszącą sprzeciwu, by za jakiś czas zamieniło się to w narodową alergię na sam dźwięk słowa "debata". A wtedy już całkiem programy polityczne, czyli treść, będą bez znaczenia, bo całość znaczenia będą mieć tylko piękne buźki, czyli jedynie pusta forma.


Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Natrętna moda na debaty jest próbą ich obrzydzenia"

Prześlij komentarz