14 maja 2011

Tusk jak Kononowicz, czyli o kolejnej wojnie premiera

21 stycznia 1963 roku w Kętrzynie przyszedł na świat człowiek, który nieświadomie wymyślił strategię działania dla dzisiejszych decyzji Donalda Tuska. Ten człowiek to były kandydat na prezydenta Białegostoku, z wykształcenia kierowca-mechanik. Nazywa się Krzysztof Kononowicz.


Jego kandydaturę na Prezydenta Białegostoku w 2006 roku traktowano z przymrużeniem oka, jako żart wyborczy, jako rodzaj politycznego happeningu, jako prześmiewczy event. Sam kandydat przedstawiał się zabawnie a jeszcze zabawniejszy był jego program wyborczy czyli pomysł na naprawę tego, co funkcjonuje źle. Jego słowa "Nie będzie niczego" stały się na tyle znane, że raperski zespół Grupa Operacyjna uczynił z nich kanwę dla jednej ze swoich piosenek. Program wyborczy Kononowicza opierał się na specyficznym sposobie rozwiązywania problemów nurtujących państwo. Jego recepta przypominała jako żywo takie zbijanie gorączki za sprawą stłuczenia termometru.

Przykładowo, jeśli społeczeństwo pije, trzeba zlikwidować alkohol. Jeśli pali, zlikwidujmy papierosy. Jeśli ćpa, wyeliminujmy narkotyki. Jeśli powoduje zadymy na stadionach, to zamknijmy stadiony. Nie, zaraz, chwileczkę, tego ostatniego nie proponował. A jednak właśnie dziś staje nam przed oczami realizacja takiego właśnie planu wyborczego Krzysztofa Kononowicza. Nie jesteśmy w stanie zapewnić porządku publicznego, nie potrafimy stworzyć prawa które uderzyłoby w pseudokibiców, zamknijmy więc stadiony. Niech nie będzie stadionów, niech nie będzie niczego. Tak oto doczekaliśmy czasów, gdy wyśmiewany przez prawie całą Polskę niepozorny kandydat z Białegostoku, stał się mentorem i głównym ideowcem rządzącej partii i rządu Donalda Tuska, który nie potrafiąc zbić gorączki, postanowił stłuc termometr. W ramach tej absurdalnej "kuracji", wczoraj zostały zamknięte dwa kolejne stadiony, we Wrocławiu i w Lubinie. Zamknięty dla kibiców, nie dla pseudokibiców.


Decyzję taką podjął wojewoda dolnośląski, ale żadna to tajemnica, że wykonywał tylko polecenia swojego szefa, czyli Donalda Tuska, który postanowił zainicjować kolejną polsko-polską wojnę w swoim życiu, tym razem z kibicami. Nie z pseudokibicami a z kibicami. Więc także ze mną, z Panem i Panią, choć my spokojni i żadne rozróby nam nie w głowie. My tylko lubimy oglądać piłkę nożna, lubimy kibicować i dopingować. Niestety, nie możemy tego robić, bo ktoś, cholera jasna, zamyka nam przed nosem stadionowe bramy. A czym argumentują swoją decyzję? W przypadku stadionów we Wrocławiu i Lubinie argumentacja była taka: "Policja nie jest w stanie zapewnić porządku publicznego". Cóż, dobrze że policja przynajmniej szczerze przyznaje, że nie jest w stanie zrealizować zadania, do których została stworzona. Pomijam już pytanie, czy na kolejnym meczu będzie w stanie zapewnić ten porządek, bo stadiony zamknięto jedynie na jeden mecz.

Ale jeśli tak jest, że Policja nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa i porządku, to może w takim przypadku należałoby zamknąć Policję, zlikwidować MSWiA. No, ewentualnie zmienić ministra i komendanta głównego, razem z komendantami wojewódzkimi, na takich, którzy z problemem by sobie poradzili. Tymczasem zamyka się stadiony, bo tak w sumie najłatwiej. Po co ruszać w ciężką drogę właściwej legislacji i tworzenia prawa, skoro można pójść na skróty i po prostu zamknąć stadiony? Do zadym dochodzi też na ulicach, zamknijcie także ulice, w dodatku bardzo dziurawe. Decyzja polityczna, niczym nieuzasadniona, oparta jedynie na domniemaniach, zapewne zostanie zaskarżona przez władze klubów we Wrocławiu i Lubinie a z analiz prawnych wynika, że w sądzie górą będą kluby a nie wojewoda i wynik będzie taki, że z naszych podatków tym klubom zostaną wypłacone sowite odszkodowania, bo tak zazwyczaj kończy się podejmowanie na siłę politycznych decyzji. Politycznych czyli absurdalnych.

Często przy okazji polskich kiboli przedstawia się przykład najgorszych w Europie pseudokibiców, czyli angielskich z którymi jednak sobie poradzono, za sprawą odpowiednio restrykcyjnych zapisów prawnych, które uderzały jedynie w bandytów, nie zwykłych ludzi. U nas nie odróżnia się jednych od drugich i na wszelki wypadek stawia się kibica i kibola na jednej płaszczyźnie i traktuje tożsamo. Może i Donald Tusk czerpie z Kononowicza ale też sam wie jaki sposób rządzenia Polską jest najskuteczniejszy. Podział. Kiedyś postawił przeciwko sobie armie zwolenników PO i PiS, których wojna trwa do dziś. Teraz to samo czyni w przypadku naszczucia na siebie kiboli i kibiców. Ci drudzy mają się wkurzać na tych pierwszych, bo to przez nich przecież Premier zamyka im stadiony.

A przecież, jak mówi znane powiedzenie, to nie wina konia, że się wóz wywalił. To wina nieudolnego woźnicy, który na ostrych zakrętach nie potrafi powozić wozem zaprzężonym w konia. W tym wypadku woźnicą jest Premier i jego rząd, bezradni i bez pomysłu na rozwiązanie realnego problemu. Więc by przykryć własną nieudolność, wszczynają wojnę, której kurz ma zasłonić inercję rządu. Ponoć wojna to kontynuacja polityki, tylko innymi środkami. Jak widać wojna, w wykonaniu Tuska, bywa też sposobem na przykrycie braku jakiejkolwiek polityki. Jakiegokolwiek pomysłu na prowadzenie polityki. Jeśli więc woźnica nie potrafi powozić, to w najbliższych wyborach warto wziąć pod uwagę wyprzężenie "konia władzy" od tego wozu, na którym siedzi nieudolny woźnica Donald Tusk.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Tusk jak Kononowicz, czyli o kolejnej wojnie premiera"

Prześlij komentarz