7 kwietnia 2011

Eurodeputowanie eufemizmów

Notorycznie wtłaczani w sztywne ramy politycznej poprawności, jesteśmy zewsząd bombardowani różnego autoramentu eufemizmami, które mają nam coś opisać, ale w sposób bardziej poprawny, czyli delikatniejszy. Delikatniejszy a więc też zupełnie nieadekwatny.

Takim typowym przykładem jest częsta zamiana "pijanego kierowcy" na "kierowcę jadącego na tzw. podwójnym gazie". Łapówkarza często zamienia się na kogoś, kto "przyjął korzyść majątkową", a jakaś tam pani Anna z pałacu czy pani Halina z tramwaju nie jest wcale gruba czy tłusta a jedynie "puszysta". Wybaczcie, puszysty to może być jogurt. I w ramach tego retuszowania rzeczywistości, jesteśmy świadkami ścigania się w tym, który dziennikarz z której stacji jakim nowym eufemizmem zakryje czyjeś nowe świństwo.

Gdy ostatnio w Polskę (a nawet w Europę) poszła fama o tym, jak to polscy europosłowie biorą pieniądze za udział w komisjach, w których wcale udziału nie brali, jedynie wpadali by złożyć parafkę na liście obecności i skasować ponad 300 euro, to nigdzie nie padło słowo najbardziej adekwatne. Kradzież. Bo tak to się chyba nazywa fachowo. Ewentualnie wyłudzenie, ale wyłudzenie to też forma kradzieży, przywłaszczenia sobie czegoś, co nam się nie należy a co zdobywamy za pomocą oszustwa i poświadczenia nieprawdy.

Ale nigdzie nie użyto tych słów, bo jakby się to miało do politycznej poprawności? Dlatego lawirując w labiryncie eufemizmów padały różne określenia, tylko nie takie, które byłyby w tym momencie najodpowiedniejsze. Bo przecież ukraść to może menel komuś torebkę czy babcia w markecie może ukraść batonik za 2 złote i to jest kradzież. Ale jak europoseł idzie na komisję tylko po to, by się podpisać i nie zamierza w niej uczestniczyć, ale kasuje pieniądze za uczestnictwo, to nie jest to żadna kradzież, ani wyłudzenie ani tym bardziej oszustwo.

To jest tylko taki zwyczaj, przeoczenie, taki proceder, niewinny taki, może mało etyczny, niekoniecznie zgodny z moralnością ale kto by się moralnością przejmował, gdy chodzi o szybkie zarobienie ponad 300 euro. Państwo też by tak zrobili, Pan i Pani też, pada argumentacja z ekranu, więc trochę to ponapiętnujemy i wystarczy, bo jutro i tak nikt nie będzie o tym pamiętał. Szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, przedstawiciel tego całego towarzystwa kochającego eufemizmy i poprawność polityczną, zabierze głos w tej sprawie i powie, że to naganne.

Tak, właśnie tak skomentował to Buzek. Wyłudzenie jest naganne?. Dziwne podejście do sprawy, bo w moim mniemaniu wyłudzenie jest karalne. Wina i kara za tę winę jest ściśle określona w polskim Kodeksie Karnym i w Polsce za wyłudzenia zazwyczaj idzie się do więzienia. Ale nie w tym przypadku, bo tutaj zachowanie było tylko naganne. Takie postawienie sprawy nie ukróci procederu, sprawi jedynie, że europosłowie będą może bardziej ostrożniejsi.

Na całe szczęście, w całym tym natłoku eufemizmów, dziś jednak pojawiło się światełko w tunelu, że nie wszyscy zrezygnowali z dosadnego opisywania rzeczywistości i nazywania rzeczy po imieniu. Jadąc dziś rano samochodem i słuchając jednej ze stacji radiowych, usłyszałem jak znany felietonista tej stacji, zajął się tym właśnie "nagannym" procederem prowadzonym przez kilku naszych europosłów. I o dziwo, użył wobec nich jedynie adekwatnych określeń. Pieprzeni złodzieje.

Bo tak to się właśnie nazywa. Gdy ktoś bierze pieniądze za pracę, której nie wykonał a poświadcza podpisem, że wykonał, to wprowadza w błąd tego, co pracę zlecił i za nią płaci. To jest pieprzone złodziejstwo i pieprzone oszustwo. Takie padły określenia, jedynie prawdziwe i jedynie oddające istotę sprawy. Ta stacja to był RMF a ten felietonista, to był Tomasz Olbratowski. MOJE UZNANIE!

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Eurodeputowanie eufemizmów"

Prześlij komentarz