10 lutego 2011

Jak Norman Davies z Kaczyńskiego Hitlera zrobił

Kiedy historyk wypisuje bzdury? Wtedy, gdy zamiast przedstawiać udokumentowaną dowodami prawdę, pisze o swoich subiektywnych ocenach, które z prawdą niewiele mają wspólnego i nie opierają się nawet na w miarę wiarygodnych przypuszczeniach. Na takiego właśnie niesmacznego klopsa, natrafiłem podczas lektury książki Normana Daviesa "Zaginione królestwa".


Ponieważ lubię historię, to z chęcią przyjąłem od bliskiej mi osoby tę prawie 900-stronicową książkę, by poczytać o tych wielkich imperiach i królestwach, które nie tylko dni chwały i sławy mają już dawno za sobą ale o których wielu już nawet nie pamięta. Dlatego też z wypiekami na twarzy przebrnąłem przez rozdziały opisujące czasy świetności Burgundii, Aragonii czy Wielkiego Księstwa Litewskiego.


Od strony 333 dane jest nam czytać o Gdańsku. Poznajemy oczywiście kawałek historii, dowiadujemy się o Gunterze Grassie, także o Lechu Wałęsie. I to w kontekście Lecha Wałęsy i Solidarności, Norman Davies pisze dla mnie słowa dziwne. Dziwne i zarazem haniebne, niegodne historyka, który jeśli coś mówi czy pisze, to powinien umieć to uzasadnić. Czytamy zatem:


W 2006 roku podczas obchodów rocznicy strajku z 1980 roku miała miejsce w Gdańsku pewna niechlubna scena. Jeden z dawnych współpracowników Wałęsy, zwolniony swego czasu z powodu kłopotów, jakie sprawiał, oświadczył zuchwale, że on i jego towarzysze dziś "stoją tu, gdzie stała Solidarność", podczas gdy inni obecni przeciwnicy polityczni - wszyscy dawni koledzy z Solidarności - rzekomo "stoją tam, gdzie wtedy stało ZOMO".


Takie pełne żółci wypowiedzi szkodzą polskiej demokracji.  W latach 2005-2007 główny wichrzyciel zdobył największą liczbę mandatów w polskim Sejmie, zorganizował wybory swojego brata bliźniaka na urząd prezydenta Rzeczypospolitej i na krótko stanął na czele polskiego rządu. Pierwszy raz w dziejach świata zdarzyło się, żeby dwóch identycznych braci bliźniaków sprawowało dwa najwyższe urzędy w państwie.


Działając we dwójkę, razem ze swoją partią Prawo i Sprawiedliwość wykorzystali okazję, aby podkopywać demokratyczny ład ustanowiony po 1990 roku, grożąc wprowadzeniem autorytarnej czwartej Rzeczpospolitej i wymyślając nową historię nowoczesnej Polski.


Jeśli wierzyć szerzonej przez nich propagandzie, reżim komunistyczny nie został ostatecznie obalony w latach 1989 - 1999: przy pomocy Wałęsy został przekształcony w pseudodemokrację, w której liberałowie i spadkobiercy epoki komunistycznej mogli się bogacić kosztem ludu. Ton tej demagogicznej retoryki jeszcze bardziej wzmocniła katastrofa lotnicza w Smoleńsku z kwietnia 2010 roku, w której zginął jeden z braci.


I taką historię wplata uznany historyk w opowieść o Gdańsku, umieszczając ją między akapitami poświęconymi Guntherowi Grassowi. Taki zabieg wybaczyłbym plotkarce z ryneczku, ostatecznie adeptowi historii, który dopiero uczy się sztuki dokumentowania swoich teorii i podpierania ich dowodami.


Lecz tutaj nie mamy żadnych dowodów, mamy za to poważne określenia, zaczynając od "wichrzyciel", przez "podkopywać ład demokratyczny", "grożąc wprowadzeniem autorytarnej czwartej Rzeczpospolitej", po słowa "propaganda" i "demagogia". Gdyby takimi określeniami opisywał przejęcie władzy w Niemczech przez Hitlera i powstanie III Rzeszy, to bym jeszcze zrozumiał. Ale żeby z Kaczyńskiego robić Hitlera? Wstydź się panie Davies.


Wiele osób nie zna dobrze polskiej historii i wiedzę czerpie z takich właśnie książek. I co mają potem tacy ludzie myśleć, zwłaszcza gdzieś tam za granicą? Że faktycznie ci Kaczyńscy, to najgorsze co mogło Polskę spotkać a wszystko to dlatego, że pan historyk w opowieść historyczną wplata swoje poglądy, które mnie, miłośnika historii, naprawdę mało obchodzą.


Jeśli sięgam po historyczną książkę, napisaną przez historyka, to chcę poznawać historię, opartą na faktach a nie czytać bajeczki o tym, w co wierzy historyk, który nawet nie raczy niczego udowadniać. Od 2007 roku cały aparat śledczy i śledcze komisje starają się udowodnić ten rzekomy autorytaryzm IV Rzeczypospolitej i na razie z mizernym skutkiem. Ale to historykowi nie przeszkadza ze spokojnym sumieniem pisać o autorytaryzmie.


A jeśli jesteście ciekawi, któż to wydaje takie książki, to mogę wam to zdradzić. To słynne ostatnio wydawnictwo Znak, które wydało książkę Grossa i teraz za niego przeprasza. Wydało także książkę Daviesa i uważam, że za niego też powinno wielu Polaków przeprosić. Bo to wstyd takie banialuki pisać i jeszcze większy takie banialuki wydawać.


A Panu profesorowi Normanowi Daviesowi raczę zadedykować jego własne słowa po delikatnej parafrazie: "Takie pełne żółci wypowiedzi szkodzą polskiej demokracji a jeszcze mocniej szkodzą historii".


Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Jak Norman Davies z Kaczyńskiego Hitlera zrobił"

Prześlij komentarz