16 stycznia 2011

Rzeczpospolita Obojga Narodów, czyli czekając na polskiego Orbana

Z wielkim zaciekawieniem przeczytałem sobotni tekst Igora Janke (w "PlusMinus", dodatku do "Rz"), który nadając z Budapesztu, opisał nam bieżącą politykę węgierskiego rządu premiera Viktora Orbana. Tekst ten przeczytałem z zaciekawieniem, lecz jeszcze bardziej z uczuciem zazdrości.

Nie ukrywam, że wszystkie te informacje, które Igor Janke zawarł w swoim teście, potraktowałem w kategoriach analogii. Im więcej czytałem o zaciekłej i konsekwentnej walce Orbana o wszystko to, co węgierskie, bez patrzenia się na konsekwencje, pomyślałem sobie, że ci nasi węgierscy bratankowie, to mają jednak cholerne szczęście.

Zacząłem porównywać to, co robi Orban z tym, co czyni obecnie polski rząd. Niestety, w tym porównaniu rząd polski wypada bardzo blado, zwłaszcza w kategorii budowania tożsamości narodowej. O ile na Węgrzech coraz mocniej Węgrzy czują się węgierscy (mimo licznych podziałów), to w Polsce coraz mniej polskości w Polakach (oczywiście, nie wszystkich). Któż by kiedyś pomyślał, że polskim mediom uda się wykreować określenie "prawdziwy Polak" w kategoriach obrazy?

Z jeszcze większym uczuciem zazdrości przeczytałem, że Orban nie boi się wejść w konflikt z Narodowym Bankiem Węgier, obniżając choćby wynagrodzenie członkom jego zarządu. U nas tego się nie robi, u nas podnosi się podatki lub wprowadza nowe. Orban nie boi się też konfliktu z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, o ile będzie tego wymagała dbałość o interesu Węgier. Nie boi się ostro odpowiadać przywódcom innych państw europejskich.

Ogólnie Viktor Orban wychodzi z założenia, że po roku 1989 Węgry nie przeszły pełnej transformacji, dlatego potrzebna jest rewolucja społeczna. Chce m. in. odbudować nową węgierską klasę średnią. W ramach analogii, pomyślałem sobie o całkowicie pozbawionej klasy klasie średniej w Polsce. Tak, Polsce przydałby się taki drugi Orban. W Polsce też nie nastąpiła pełna transformacja ale Tusk żadnej rewolucji nie przeprowadzi. Brak transformacji jest mu akurat na rękę.

Jednak zaraz pomyślałem: A może ten polski Orban już jest? Może trzeba nam widzieć takiego Orbana w Jarosławie Kaczyńskim, który też chciał rewolucji społecznej i widział ją w IV RP? Gdyby się przyjrzeć, to więcej ich łączy niż dzieli. Obaj wierzą w podstawowe znaczenie narodowej tożsamości, obaj bywają nieugięci w stosunkach z głowami innych państw, obaj uważają interes państwa za najważniejszy priorytet. Obaj są uważani za radykalnych, obaj są kontrowersyjni, obaj w końcu wywołują jakże skrajne emocje.

Ale jakże bardzo potrzeba nam takich właśnie polityków w tych dzisiejszych czasach, gdzie na stanowiskach zasiadają ludzie miałcy i bezbarwni, stąd polityka coraz częściej ponosi klęskę. Cierpimy na deficyt kroków zdecydowanych, za to mamy aż nadto uśmiechów i przesadnej dbałości o socjotechnikę i popularność. Orban zdaje się traktować to drugorzędnie, stąd jego nieugiętość w podejmowaniu zdecydowanych kroków.

Dzisiejsza polityka, to coraz mocniej walka o własne interesy i każdy polityk, który w swojej działalności naiwnie zabiega o to, by przywódcy innych narodów go lubili, jest zwykłem naiwnym frajerem. O ile Orban jest od tego daleki, o tyle polski Premier wydaje się być takim właśnie Jasiem z wioski, który chce być lubiany przez wszystkich, nieważne jakim kosztem. Choć są też podobieństwa między Orbanem a Tuskiem.

Łączy ich choćby pełnia władzy po którą sięgnęli. Lecz o ile na Węgrzech mówi się o tym wprost, jako "dyktaturze", to w Polsce to się nazywa naturalną konsekwencją wygrania wyborów parlamentarnych i prezydenckich przez jedną partię. Podobieństw pewnie znalazłoby się znacznie więcej, każdy z Was może sobie wyrobić własną opinię po lekturze tekstu "Taran Orban". Każdy z Was znajdzie jakieś własne analogie.

Nie ukrywam, że mocno kibicuję Orbanowi, by udało mu się wydobyć z dołka Węgry, tego dołka który Węgrom zafundowały rządy socjalistów. Kibicuję, bo wiem, że za jakiś czas ktoś będzie niestety musiał nadmiernie zapożyczoną Polskę wyciągać z dołka, do którego wpychana jest przez rządy nieudaczników i bezmyślnych partaczy. Wtedy potrzebny, wręcz niezbędny, będzie nam taki polski Orban.

Przez chwilę też wyobraziłem sobie, jaka byłaby reakcja Orbana, gdyby to węgierski samolot rozbił się od Smoleńskiem a w nim wielu czołowych węgierskich polityków, z prezydentem Węgier na czele. Czy wtedy raport MAK też miałby taki kształt? Też byłoby tyle niejasności? Też Węgrzy by sobie na to pozwolili? Nie sądzę. Sądząc po dotychczasowych czynach, wierzę że Orban zadbałby o interes Węgier zdecydowanie. Zrobiłby coś, czego nie zrobił, utopiony w naiwności i wiernopoddańczości, polski Premier.

To tylko utrzymuje mnie w świadomości, że już coraz mniej żyjemy w Rzeczpospolitej Polskiej, a coraz mocniej w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Szkoda tylko, że narodów: rosyjskiego i niemieckiego. I pozostaje tylko czekać na polskiego Orbana, na przywódcę, nie figuranta i mięczaka. A może nie trzeba czekać, może już jest? Pytam więc: Czy to Ty, Jarosławie?

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Rzeczpospolita Obojga Narodów, czyli czekając na polskiego Orbana"

Prześlij komentarz