19 października 2010

Popierać in vitro? To jak sikać do basenu!

Na najbliższym posiedzeniu Sejm zajmie się poselskimi projektami ustaw, które uregulować mają kwestię zapłodnień in vitro. Jeśli ktoś liczył na wielostronną merytoryczną dyskusję, to znów srogo się zawiódł. Dyskusja bowiem o in vitro zmieniła tor na nieco inny: "Czy Kościół ma prawo wykluczać ze swojej wspólnoty tych, którzy za nic mają jego zasadnicze tezy, te mówiące o poszanowaniu życia?"


Całą burzę wywołał abp. Hoser, który wypowiedział rzecz oczywistą. Powiedział, że posłowie którzy są członkami Kościoła a zagłosują za rozwiązaniem dopuszczającym metodę in vitro, mrożenie i selekcję zarodków, nijako automatycznie postawią siebie poza wspólnotą Kościoła, sami się z niego wykluczą. Oczywiście najwięcej do komentowania mieli ci, którzy o kościele czy wierze wiedzą wielkie nic, bo wychował ich Lenin i czerwoni rodzice przy współudziale mentorów z komunistycznych przybudówek.


Lewica od razy zagrzmiała w surmy, podniosła wielkie larum, wyczuła jakiś wielki koniec demokracji i zmieszała abp. Hosera z błotem, wmawiając mu że wywiera presję, że zachowuje się jak lobbysta i "działa na granicy szantażu". Posłowie SLD to ostatni ludzie, którzy powinni komentować konkretne ruchy Kościoła, jako że ruchy te wynikają z dogłębnych nauk, nie z zachcianek czy chwilowych kaprysów. To także nie wynik populizmu, to po prostu kwintesencja funkcjonowania Kościoła - poszanowanie życia, także zarodków.

Co politycy Lewicy mogą o tym wiedzieć, skoro ich powiązania z Kościołem są żadne? Wypełnione po brzegi są antyklerykalizmem i prymitywną wersją świeckości. Posłowie SLD nie mogą zrozumieć podstawowej rzeczy. Kościół to wspólnota ludzi, taka sama jak SLD. Jeśli ktoś postępuje inaczej niż rzecze statut SLD, to sam stawia się poza wspólnotą SLD, sam się z niej wyklucza. Nie inaczej jest w przypadku Kościoła. Jeśli ktoś działa wbrew jego nauce, działa wbrew swojej obecności w obrębie Kościoła, sam się z niego eliminuje.

A jeśli posłowie SLD nadal będą mieli problem ze zrozumieniem tego, że we wspólnocie Kościoła nie ma miejsca dla osób, to niech sami sobie wymyślą inny przykład, bardziej prozaiczny i obrazowy, np. kwestię sikania do basenu. W regulaminie każdego basenu stoi, że nie wolno oddawać moczu do basenu. Jeśli się jednak ktoś odważy ten paragraf złamać, to zostaje z basenu wyproszony, sam wyklucza się z obecności na basenie. To żadne szantażowanie, to żadna presja, to po prostu czyste zasady funkcjonowania we wspólnocie.

Najbliższe głosowanie to moment prawdy dla wielu parlamentarzystów, którzy uważają się za członków Kościoła.  To test ich dojrzałości ale też prawdomówności, bo wtedy zobaczymy, kto jest w Kościele przez wzgląd na swoje poglądy i mocną wiarę a kto tkwi w nim tylko formalnie, jako "martwa dusza" motywowana tylko koniunkturalizmem i obawą "co ludzie powiedzą".

To żadna presja, to żaden szantaż, to po prostu wolna droga wyboru, na której końcu stoją określone konsekwencje. Dzięki tym konsekwencjom ja i wielu innych nie musimy kąpać się na basenie do którego ktoś sika, ani nie musimy tkwić w jednej wspólnocie z tymi, którzy za nic mają ludzkie życie. My was siłą nie trzymamy, ani w Kościele ani na basenie. Droga jest wolna.


Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Popierać in vitro? To jak sikać do basenu!"

Prześlij komentarz