27 października 2010

Niesiołowski rżnie bohatera, czyli o rozmywaniu istoty zbrodni

Wczoraj minął tydzień od tzw. "zbrodni łódzkiej", jutro natomiast odbędzie się pogrzeb ofiary tejże zbrodni. Tymczasem można odnieść wrażenie, że z całą istotą tej zbrodni, zrobiono to, co robi się w Polsce z innymi rzeczami wartymi analizy. Po prostu rozmyto jej znaczenie.

Tak samo zresztą stało się w przypadku innych wydarzeń, które miały charakter ważny, lecz zostały tak rozciągnięte wzdłuż i wszerz, że stały się przezroczyste i niewiele z nich pozostało. Warto więc przypomnieć, że w "zbrodni łódzkiej" obiektem brutalnego napadu stało się łódzkie biuro PiS, a raczej jego żywa "zawartość". Morderca, po ujęciu go przez policję, krzyczał, że nienawidzi PiS-u i że chciał zabić Kaczyńskiego, lecz "miał za małą broń".

Tymczasem minęło parę dni a już wielu tych słów nie pamięta (nie chce pamiętać?). Wystarczyło, że Ryszard C., tuż przed napadem na biuro PiS, był także w biurze Niesiołowskiego. Wicemarszałkowi Sejmu jednak nic się nie stało. Mało tego, nie stało się też nic żadnemu z pracowników biura Stefana Niesiołowskiego. Pracownicy biura PiS nie mieli już tyle szczęścia, o czym Niesiołowski, chcąc nadal odgrywać bohatera, który się ledwo otarł o śmierć, zdaje się zapominać.

Cały sens rozmywania istoty "zbrodni łódzkiej" zamyka się w zamiarze zaprzeczenia, że nie ma żadnej nagonki na PiS (bo jak nie ma tej nagonki, to nie ma też winnych jej rozpoczęcia), że PiS wcale nie był jedynym celem "politycznego morderstwa" (żeby czasem nie robić z nich jedynych męczenników) i że to czysty przypadek, iż strzał został oddany do kogoś z PiS. Bo przecież Ryszard C. był u Niesiołowskiego. Ale czy chciał go zabić? Szczerze wątpię.

Jak ktoś nienawidzi PiS, nie strzeli do kogoś, kto też nienawidzi PiS. Więc jak sugeruje "Nasz Dziennik" on tam poszedł być może zapytać o drogę. Kto wie, może poszedł w innym celu, np. pochwalić się Niesiołowskiemu, że idzie właśnie ubić PiSiora, że może uda mu się zabić tego największego z PiSiorów. Poszedł może po błogosławieństwo a może po pochwałę, po prostu chciał "swojemu" zaimponować.

Na pewno jednak nie poszedł po to, by zabić Niesiołowskiego, bo "kutwa kutwie łba nie urwie". Zresztą nienawiść do PiS zrobiła z Ryszarda C. i z Niesiołowskiego "braci w wierze", wspólników jednej łączącej ich sprawy. Sprawy nienawiści do PiS. To samo można powiedzieć o innych z listy, zaczynając od Kalisza a kończąc na Millerze. Cała lista nie ma tu znaczenia, znaczenie ma tylko to, na kim wyrok z tej listy został wykonany.

Kaliszem najwyżej mógłby się zainteresować Klub Kwadransowych Grubasów lub dyrektor jakiejś masarni, Millerem to sam Pan Bóg tylko wie, kto mógłby się zainteresować. Więc licytowanie się tych wszystkich osób, obecnych na liście, która z nich była bardziej zagrożona, nie ma największego sensu. Może być jedynie zabiegiem, by poszczególni politycy podnieśli nieco swoją wartość, dmuchając znaczenie własnych postaci i sztucznie nadając im nienaturalnie wielki wpływ na rzeczywistą politykę.

A sens słów "nienawidzę PiS" ciągle pozostaje ten sam, słowa te są zresztą wypowiadane przez znacznie więcej ust, nie tylko przez usta Ryszarda C. i należy pamiętać, że póki mówią one, że "nienawidzą PiS", to nie można ich odbierać jako "nienawidzę polskich polityków".

Dlatego Kalisz z Niesiołowskim i Millerem mogą spać spokojnie, politycy Prawa i Sprawiedliwości już niekoniecznie. I o tym trzeba pamiętać, inaczej bardzo szybko czeka nas podobna sytuacja, jak zawsze, gdy z prawdziwych wydarzeń wyciąga się fałszywe wnioski, uprzednio rozmywając fakty.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Niesiołowski rżnie bohatera, czyli o rozmywaniu istoty zbrodni"

Prześlij komentarz