9 maja 2010

Moskwa wciąż policzkuje Polskę, czyli o pozornej przyjaźni

Wciąż zastanawia mnie ten wszechobecny w Polsce zachwyt nad nagłym przypływem dobroci ze strony władz Rosji. Specjalnie piszę "władz Rosji", bo rozróżniam Rosjan jako obywateli i władze Rosji jako grupę ludzi, których nastawienie do Polaków różni się od tego, jakie posiada przeciętny mieszkaniec Rosji.

Tak przy okazji egzaltacji tego zachwytu, przypomniał mi się stary dowcip traktujący o Józefie Stalinie a który wyśmiewa takie sztuczne zachwyty wynikające z naciąganych aspektów dobroci władz rosyjskich. Dowcip opowiada historię o tym, jak to kręcono film propagandowy, który miał sławić nieograniczoną dobroć Józefa Stalina.

Jedno z ujęć tego filmu pokazuje małe dziecko, które podchodzi do Józefa Stalina i mówi: "Wujku, daj cukierka". Stalin na to: "Paszoł won ty sk...synu". W tym momencie kamera robi szybkie zbliżenie na planszę z napisem: "A mógł zabić". Trochę podobnie brzmi też dość stary dowcip o dwóch młodych zakapturzonych blokersach, którzy uratowali życie staruszce... bo przestali ją kopać.

To humor dość czarny, zapewne nieco abstrakcyjny, ale jednocześnie w sposób jakże prawdziwy wyśmiewający ludzi, którzy na siłę próbują z prozaicznych gestów uczynić wielkie przejawy dobroci czy dobrej woli. Dlatego śmieszą mnie te zachwyty nad władzami Rosji, które na oczach Europy i świata kpią sobie z Polski w żywe oczy.

Powiedzmy sobie szczerze, że obecne władze Rosji są spadkobiercami zbrodniczych władz sowieckich, które nie zostały rozliczone i należycie potępione. Gdyby tak było, to dziś Stalin stałby na tej samej półce co Hitler, a biorąc ilość ofiar obu morderców, to nawet dwie półki nad Hitlerem - a tak wciąż nie jest. Władze sowieckie były sprawcami wielkich zbrodni, do których przez tyle lat nie chcieli się przyznać, kryci także przez swoich pachołków zainstalowanych w Warszawie.

Od pewnego czasu Rosja już nie kryje, że to ona stała za morderstwami w Katyniu, jednak za wszelką cenę sprzeciwiali się nazwaniu tego ich zbiorowego morderstwa "ludobójstwem". Tych, którzy tego bardzo chcieli, wręcz tego żądali w imię sprawiedliwości, ci sami pachołkowie zainstalowani w Warszawie, wyzywali od prowokatorów i pokazywali jako tych, co niepotrzebnie wymachują szabelką.

Pewna dziejowa sprawiedliwość wszystkich traktuje równo, wymusza przyznanie się do winy nawet na największych. Przed taką samą ścianą przymusu stanęła też Rosja, zwłaszcza w obliczu tragedii smoleńskiej, kiedy cały świat spojrzał na Katyń i w końcu zainteresował tym, co wydarzyło się tam przed 70 laty. To wszystko sprawiło, że od odkrycia tej ludobójczej prawdy przed całym światem nie było już odwrotu.

Wtedy nagle Rosja wyświetliła w państwowej telewizji "Katyń" Andrzeja Wajdy, bo nawet oni wiedzieli, że trzeba ratować twarz, bo nagle cały świat zobaczył jedno wielkie kłamstwo, wielką hipokryzję i wielką zbrodnię, niewyjaśnioną i nieukaraną. Zobaczono wielką niesprawiedliwość, którą trzeba było nagle przykryć pozorami przyznania się do winy, bicia się w piersi, pozorami dobrej woli i ujawnianiem akt, które i tak nic nowego nam nie powiedzą.

Powiedzmy sobie szczerze. Rosja żadnej łaski nam nie robi, gdy przyznaje się do własnej zbrodni, jeśli ujawnia szczegóły związane z tą zbrodnią i nie robi nam żadnej łaski, jeśli choć w minimalnym stopniu przywraca równowagę dziejowej sprawiedliwości. Nie możemy zapominać, że to oni są spadkobiercami katów, a my jesteśmy potomkami ofiar, często nawet nie potomkami, bo przecież wciąż jeszcze żyją ci, na których zasadził się sowiecki kat ze swym toporem.

Tym boleśniejsze są takie zdarzenia jak dziś, gdy Putin z Miedwiediewem sprowadzają sobie do Moskwy Bronisława Komorowskiego, pełniącego obowiązki głowy państwa polskiego, by publicznie go spoliczkować i poniżyć, potraktować jako jeszcze jedną głowę, która ma podziwiać siłę imperialistycznej Rosji i podziwiać ich zwycięstwo nad nazizmem. Zwycięstwo pyrrusowe, bo jeden zbrodniczy system po prostu zastąpił drugi.

Idealną puentą dzisiejszej defilady są zresztą słowa jednego z twitterowiczów, który napisał, jakże prawdziwie: "Rozumiem, ze ruscy prezentują tam swoją broń.Czy już przejechał przed trybuną zawór gazowy?" Nie, nie musiał, tak samo jak rurociąg biegnący po dnie Bałtyku, z ominięciem Polski, którego budowie władze Polski nie potrafiły zapobiec, zajęte zachwycaniem się dobrocią władz Rosji.

Bo nie wątpię w to, że Rosjanie są naszymi braćmi i przyjaciółmi. Lecz czy naszymi braćmi i przyjaciółmi są ci, co Rosją rządzą? Tu odpowiedź może być jakże inna.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Moskwa wciąż policzkuje Polskę, czyli o pozornej przyjaźni"

Prześlij komentarz