31 marca 2010

Prezydentura czy prezywstrętura?

Właściwie fajnie jest być Prezydentem, pomyśli ktoś, kto nigdy nim nie był a któremu ambicja podpowiada, że to fucha, na którą musowo się załapać. No, pozornie tak, ale tylko pozornie.

Wystarczy bowiem prześledzić minione prezydentury, by wiedzieć, że to naprawdę ciężki kawałek chleba. Mało tego, na ten chleb nie dość, że trudno zarobić, to w dodatku trzeba ze dwa razy się zastanowić z czym go zjeść i czy go w ogóle zjeść - bo nic co robi Prezydent w tym kraju, nie jest takie proste.

Wiadomo, ma chleb i sam go zje a się nie podzieli, to powiedzą że sknera. Jak się podzieli to nie doje, będzie mu burczeć w brzuchu i też powiedzą, że sknera bo żałuje na jedzenie. Co gorsza, może wyjść że jest anorektykiem albo alkoholikiem, bo ci drudzy ponoć wypijają to, co inni jedzą. Tak tak, tutaj trzeba uważać na każdym kroku.

Np. polecieć do Katynia? Nie wypada nie polecieć, ale zważywszy na to, kto zaprasza, kiedy, gdzie i z kim, to nie wypada polecieć. I już ból głowy gotowy, bo każdy wybór będzie zły, więc trzeba główkować, któremu złemu wyborowi towarzyszy mniejsze zło.

Albo taki pasażer towarzysz generał na gapę. Zaprosili go, będą lecieć w jednym kierunku. Zabrać go ze sobą na pokład samolotu? To byłoby niezłe pijarowsko, takie ponad podziałami, wyszłoby że Prezydent to równy gość, prezydent wszystkich Polaków, tych polskich i wolskich. Ale to jest tylko jedna, ta jaśniejsza strona medalu. Niestety, jest też druga.

Bo z drugiej strony, taki gest wywołałby lawinę bezlitosnej krytyki ze strony antykomunistycznego elektoratu, który zbuntowałby się na wieść, że ten towarzysz generał, nazywany przez nich mordercą i agentem i w ogóle zbój, leci sobie w prezydenckiej salonce. I kolejny pat, taki złośliwy zespół naczyń połączonych - tutaj naprawię jedno, gdzie indziej zepsuję drugie.

I tak całe pięć lat. Co człowiek wygra te wybory, przeprowadzi się do Pałacu Prezydenckiego, to potem nic, tylko musi myśleć o tej reelekcji, każdy krok musi być przemyślany, skonsultowany, nie mogę sobie zrobić co chcę, muszę tak, by media nie zgnoiły i elektorat tyłka nie wypiął.

I co tu się dziwić, że taki Prezydent Wałęsa to miał dość tych ograniczeń wynikających z prezydentury i przyjął model makulaturowy, czyli skupił się na jakichś papierach esbeckich, które non stop pożyczał od UOP i powiedzmy, że oddawał. Przynajmniej się poduczył nieco i nieświadomie pomógł historykom nieistniejącego jeszcze wtedy IPN-u, żeby za dużo materiałów do kwerendy nie mieli. Cenckiewicz i Gontarczyk powinni być mu wdzięczni, tyle im czytania oszczędził.

Albo np. co tu się dziwić, że Kwaśniewski "dawał w palnik"? To też człowiek przecież, wrażliwy w dodatku, jak każdy były aparatczyk PZPR-u, nie mógł tych swoich dziesięcioletnich męczarni prezydenckich znieść, to i zaczął smutki topić w napojach procentowych. A przecież to nie jedyny męczennik za prezydenturę, który życie sobie zmarnował w Pałacu Prezydenckim.

Bo przecież zostaje jeszcze obecny Prezydent, Lech Kaczyński, o którym np. taki Palikot mówi, iż jest on na pół żywy? Ludzie, jak to musi niszczyć, jak to musi wykańczać. Jakie to musi być wstrętne zajęcie. To powinno się nazywać "prezywstręturą". Niech to nowe słowo weźmie sobie do serca każdy, komu do Pałacu Prezydenckiego tak spieszno. Nie widzicie, że to może być ostatnie zajęcie w waszym życiu a żyrandole w tym pałacu, to ostatnia rzecz jaką zobaczycie?

Niełatwe jest życie Prezydenta. Siedzi pewnie teraz i myśli. Lecieć? Nie lecieć? Hmm, zabrać generała? Nie zabierać? Panie Prezydencie, niech pan leci. Nie dla siebie, nie dla Rosjan i nie dla generała. Niech Pan leci dla pomordowanych tam Polaków. Zabrać tam ze sobą Generała? Tak, zabrać, niech popatrzy na ofiary swoje i swoich sowieckich kolegów. Może to będzie ostatnie, co w życiu zobaczy.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Prezydentura czy prezywstrętura?"

Prześlij komentarz