12 marca 2010

PiS odzyskuje zdolność koalicyjną?



Od czasu do czasu wraca temat PO-PiSu, aczkolwiek przez wielu komentatorów  jest on uważany za całkowicie martwy, ewentualnie za co najmniej w większej mierze zdeaktualizowany.

Tym razem ten temat powrócił za sprawą słów Jarosława Kaczyńskiego, który po wielu dziesiątkach miesięcy, zdobył się na wypowiedzenie słowa "koalicja". Słowo to zostało użyte raczej w kontekście futurologicznym niż w aspekcie jakiejś bliskiej przyszłości, nie wspominając o dniu dzisiejszym. Miały one jednak jedno zadanie; mianowicie, całkowite odcięcie się od pogłosek, jakoby PiS łączyła z SLD jakakolwiek koalicja, choćby medialna (vide TVP). Oczywiście takie pogłoski są na rękę wszystkim przeciwnikom Prawa i Sprawiedliwości, bo zawsze to łatwiej sprowadzić ich do roli "PiS-bolszewii, ulubionego słowa zdeformowanej michnikowszczyzną młodzieży wszechOnetowskiej. Ciekawe, że takich skojarzeń nie budzi PO, całująca się z czerwonym Cimoszewiczem czy czerwoną Huebner, prawda?

Jarosław Kaczyński doszedłdo wniosku, że to już czas odkurzyć słowo "koalicja" i wypowiedział je publicznie, jednocześnie akcentując to słowo w stosunku do PO, przy jednoczesnej deklaracji, że nie jest możliwa żadna koalicja z SLD, bo przeczy temu wiele czynników, chociażby historycznych. Niestety, pech chciał, że parę razy PiS zagłosowało tak jak SLD, co w parlamencie jest częstym przypadkiem, ale to jeszcze nie jest efekt żadnej koalicji czy porozumienia. Po prostu w polityce można być albo "za" albo "przeciw", ewentualnie można się wstrzymać od głosu. Więcj wariantów PiS do dyspozycji nie ma, więc trochę trudno mu unikać pod każdym względem podobnego głosowania jak SLD. To tylko Wałęsa potrafił byc jednocześnie "za" a nawet "przeciw".

A jeśli chodzi o TVP, to też nie do końca można mówić o koalicji, bo przecież nawet największy głupek nie zrezygnuje z takiego kąska jak wpływ na jakąś telewizję, tylko dlatego, że gdzieś obok są lewacy. Ja np. mam w bloku kilku lewaków, jednego nawet podejrzewam o to, że kiedyś był w SB, niemniej mijam się z nimi na schodach wymieniając grzeczności a nawet spotykam się z nimi na zebraniach Wspólnoty Mieszkaniowej. Czy to świadczy o moich konszachtach z nimi? Nie, ale jesli ktoś chciałby się do mnie dowalić za wszelką cenę i dorobić mi gębę kolesia lewaków, to mógłby tego agumentu użyć. Dlatego Jarosław Kaczyński poczuł obowiązek odcięcia się od przyczepianej mu koalicji z SLD i uczynił to, jednocześnie nakreślając hipotetyczny cel, do którego mu najbliżej, czyli możliwość przyszłej koalicji z "pewną częścią" PO. Rozumiem, że w tej pewnej części nie będzie ani Palikota ani Niesiołowskiego, bo ci są całkowicie niezdolni do jakichkolwiek koalicji, jako że w polityce trzyma ich jedynie niechęć do innych, a nie pragnienie ulepszania Polski.

Można więc powiedzieć, że po paru latach przerwy, znów powraca do nas wizja, czy jak kto woli, widmo PO-PiS-u. Zapewne to efekt zrozumienia przez Jarosława Kaczyńskiego, iż w polityce nowoczesnej najlepszym sposobem na sukcesy jest zdolność koalicyjna. Być może zrozumiał trochę zbyt późno, to primo, jednak nigdy nic straconego. A secundo, zdolność koalicyjną powinien najpierw wykazać w stosunku do ludzi mu bliższych ideowo, czyli postarać się znów skupić wokół siebie ludzi od Dorna czy Polski XXI, dopiero potem rzucając się na szerokie wody kreowania koalicji z tą "pewną częścią" PO. Jako szef największej partii opozycyjnej musi, absolutnie i bezwarunkowo, wykazać się zdolnością przyciągania do siebie ludzi a nie pozbywania się ich.

Musi też pamietać o jednej rzeczy. Mianowicie, jeśli miałoby dojść do tej koalicji z tą "pewną częścią" PO, to na pewno nie bedzie to koalicja na warunkach PiS. Tylko czy tę akurat żabę Jarosław Kaczyński będzie w stanie przełknąć?

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "PiS odzyskuje zdolność koalicyjną?"

Prześlij komentarz