26 października 2009

Ortodoksyjni wyznawcy sekty Tuska

guru TuskGdzie te czasy, gdy polityką w Polsce, u zarania transformacji, targały spory ideologiczne.  Z jednej strony rozgrzewane były chęcią zlustrowania i wyczyszczenia postkomunistycznej ojczyzny z czerwonej pajęczyny, z drugiej stopowane przygniataniem Polski grubą kreską przez dawnych KOR-owców i paniczna ochrona Polski, przed wydumanym zagrożeniem nacjonalizmu i wprowadzenia państwa wyznaniowego.



Po wielu latach ideologie zostały zastąpione przez marketing, zagrywki socjotechniczne i public relations, które z polityki wyeksmitowały wszelkie idee i ideologie, uznając za niemodne i nieatrakcyjne. Idea jest mistyczna, więc niewidzialna i nienamacalna, nie można jej kupić ani sprzedać. Nie można jej też pokazać, trudno ją naświetlić i nakreślić, ewentualnie można zrealizować, to jednak jest zbyt pracochłonne, zatem też niemodne, w czasach gdy wszystko musi być szybko, łatwo i lekko.

Zaczęto zatem tworzyć wielką grę pozorów, pełną markowanych ruchów i symulowanych poczynań, podczas których mieliśmy odnosić wrażenie, że w naszym kraju dzieje się naprawdę wiele, skoro nad zapracowanymi politykami unosi się ciągle tak wielki tabun kurzu. Ilekroć jednak kurz opadał, okazywało się, że jak ściernisko było tak jest nadal. I gdzie to obiecane San Francisco? Wciąż nigdzie.

Ale nawet najlepszy marketing, gdy jest używany notorycznie, ulega przetarciu i wyeksploatowaniu. Socjotechnika zawiera w sobie całą gamę sztuczek i trików, jednak to też nie jest liczba nieograniczona, by z tej studni socjotechnicznej można było sobie czerpać nieprzerwanie i do woli. Dlatego szeroko pojęty PR już przestaje być celem skutecznym samym w sobie, za to efekt jego działania (pranie obywatelskich mózgów) zaczął działać nadspodziewanie skutecznie.

Niegdyś sen z powiek Michnikom i Geremkom spędzała obawa, że w Polsce na gruzach realnego socjalizmu wyrośnie i zakwitnie realne państwo wyznaniowe. Dlatego też w każdej swojej liberalno-lewackiej działalności, robili wszystko co możliwe, by do widma wyznaniowości państwa polskiego nie dopuścić. Tak bardzo zadławili się tymi swoimi obawami o nacjonalizm, antysemityzm i wyznaniowość, że przestali kontrolować system, który po upadku komunizmu zaczął w Polsce kiełkować i wzrastać zupełnie samopas. Tak się rolnik skupił na ochronie areału przed szarańczą, że nie zobaczył jak mu polem chwasty zawładnęły.

I gdyby dziś jakiś najmędrszy z najmędrszych umysłów postarał się skonkretyzować system panujący w Polsce, gdyby musiał nadać mu maksymalnie precyzyjną nazwę, sklasyfikować a nawet zidentyfikować, to miałby nie lada problem. Bo system ten, który powstał poza jakąkolwiek kontrolą i definicją, stał się systemową hermafrodytą, która ani do demokracji niepodobna, a często i z liberalizmem niewiele ma wspólnego. Bardzo często nawet system panujący obecnie w Polsce, sam sobie zaprzecza i sam siebie wzajemnie wyklucza.

Ale przy odrobinie chęci można pokusić się o klasyfikację obecnego systemu politycznego w Polsce - acz przyznaję, że wymaga to sformułowania dość odważnej a nawet radykalnej definicji. Można tego dokonać, pod warunkiem że zrezygnujemy z nomenklatury politologicznej, a przypatrzymy się temu systemowemu potworkowi przez socjologiczny pryzmat... religioznawstwa. A konkretniej: obszar sekciarstwa par excellence.

Oto bowiem dziś mamy prawie schyłek roku 2009. Od dwóch lat Polska jest krajem, które nosi wszelkie znamiona państwa wyznaniowego, z tym jednak, że centralne miejsce w nim zajmuje nie Bóg w sensie teologicznym a bóg, bożek w sensie partyjno-manipulacyjnym. Nasz polski Mahomet, prorok, zbawiciel, przywódca. I najbardziej odpowiednie słowo. Guru.

Guru stojący na czele grupy ludzi, która sama siebie nazywa partią, acz nosi wszelkie znamiona sekty. Teoria z pozoru wydaje się dziwna, nawet naciągana ale powoli. Od tego są definicje, by można było skonfrontować z nimi wszelkie teorie. I wcale nie zamierzam sięgać po teologiczne analogie, jak choćby takie, że obecnie rządząca partia, zupełnie jak mówi zdefiniowane pojęcie "sekty", głosi "poglądy religijne niezgodne z oficjalną, dominującą doktryną".

Z definicji wynika, iż sektę cechuje (za Wikipedią): "m.in. autorytarne sprawowanie władzy przez przywódcę sekty, traktowanie członków sekty w sposób instrumentalny przez jej kierownictwo, łączenie celów politycznych i ekonomicznych (czerpanie korzyści materialnych z działalności sekty przez wybrane osoby lub grupy osób) z celami
religijnymi lub parareligijnymi, brak samokrytycyzmu, dążenie do uniezależnienia się od uznawanych przez społeczeństwo czynników kontroli (np. rodzina lub media).

Autorytarne sprawowanie władzy przez przywódcę sekty. Wypisz wymaluj prowadzona twardą ręką Tuska sekta Platformy. On i tylko on, słońce Peru, ośrodek centralny. Stary dobry heliocentryzm. Idziemy dalej: traktowanie członków sekty w sposób instrumentalny przez jej kierownictwo. No tutaj można by wyliczyć całe rzesze ludzi instrumentalnie pousuwanych z sekty Platformy, ewentualnie przez nią wykończonych i nijako przymuszonych do samousunięcie pod zarzutem innowierstwa: od Olechowskiego, przez Płażyńskiego, po Rokitę.

Patrzmy dalej: łączenie celów politycznych i ekonomicznych, czerpanie korzyści materialnych z działalności sekty przez wybrane osoby lub grupy osób. I tutaj od razu nasuwa się Pan Rysiu, jego koledzy Miro, Grzesiu i Zbysiu. Do tego dziwni sponsorzy, ofiarodawcy, dziwnie nadziani studenci, którzy na ową sektę wpłacali równowartość swojego 20-letniego kieszonkowego by tylko wesprzeć swoją religię, swojego bożka i jego zastępy.

Kolejny fragment definicji: brak samokrytycyzmu. Czy usłyszeliście Państwo kiedykolwiek z jakichkolwiek ust któregoś  z obecnych członków sekty Platformy, że coś zawalił, źle myślał, mylił się, coś zaniedbał? Zapomnijcie o samokrytycyzmie. Winny zawsze jest ktoś inny, od PiS-u aż po złe położenie geograficzne. A przecież jak Guru sekty niegdyś rzekł: jak coś jest niemożliwe, to jest niemożliwe. To wyklucza jakąkolwiek samokrytykę i usprawiedliwia marazm w dokonaniach.

I dalej: dążenie do uniezależnienia się od uznawanych przez społeczeństwo czynników kontroli (np. rodzina lub media). No tutaj już są poza jakąkolwiek kontrolą. Salonowe media główne, najbardziej wpływowe bo z największymi pieniędzmi (nadal mnie zastanawia skąd te pieniądze), siedzą im w kieszeni, piją z nimi wódeczkę. Załogi tych mediów od samej góry po sam dół też należą do sekty, ewentualnie są cichymi wyznawcami, zatem tutaj nie tylko te media nie stanowią żadnej kontroli nad sektą, ale wręcz są ich kanałem propagandowym, takim "radiem Tuskowyja" dla lewackich liberałów.

Wyznawcy Tuska nie wiedzą w co wierzą, po co wierzą, co ma dać im ta wiara. Wyznawcy Tuska wiedzą tylko, że jak ktoś źle mówi o ich bożku, to jest innowiercą, heretykiem i poganinem. Takiego trzeba ukamienować, opluć a najlepiej spalić na stosie poprawności. Wypowiedzieć innowiercom tuskowy dżihad i spalić cały ten nietuskowy świat ogniem ostracyzmu. Obwiązać się dynamitem obelg i iść zmazać przeciwnika z powierzchni publicznej debaty. Do czego zresztą wczoraj namawiała lewa ręka Guru, pół-guru Palikot, zachęcający Młodych Demokratów (tacy młodzi insekciarze), by do heretyków zanosiła świńskie łby (ani chybi chodzi o świński dżihad, czyli jedyny na jaki ich stać). Pół-guru jawnie zachęca do niechęci i przelewu krwi, namawia jawnie do agresji, młodzi (in)sekciarze się zacieszają, bo prócz przelewu krwi w imię swego bożka, nie liczy się dla nich już nic.

W Piśmie Świętym są słowa mówiące, że "wiara czyni cuda". Guru sekty uwierzył w te słowa, naobiecywał cuda, mając nadzieję, iż wielka wiara jego wyznawców w niego samego sprawi, że cuda te same powyrastają na ziemi polskiej jak
grzyby po deszczu. Nie wziął jednak pod uwagę, iż w Piśmie nie chodziło o wiarę ślepą, dlatego cuda te są tak samo ślepe jak wiara. Taką bowiem przejawiają obecni wyznawcy człowieka, który ma się za boga, chce decydować o tym co jest dobre a co złe. Jawnie uzurpuje sobie prawo o decydowaniu, kto ma rację i może ją głosić jako oczywistą, a kto jej nie ma i musi odejść w otchłań oszołomstwa wygnany tam przez Niesiołowskiego, najgorliwszego z wyznawców, mistrza fanatyzmu i fundamentalizmu.

I tak, po wielu latach, po wielu obawach Michnika o powstanie państwa wyznaniowego, ziścił się jego sen. Wcale jednak nie taki czarny, bo odrzucono państwo oparte na Bogu, postawiono na państwo oparte na bożku, na sekciarskim Guru, na polskim Jimie Jonesie, wokół którego skupili się fanatyczni i ortodoksyjni wyznawcy, gotowi w imię swojego pana spalić cały kraj, wmawiając mu że w ten sposób go zbawiają, by na końcu dokonać samozniszczenia. W 1978 roku w Jonestown zginęło 909 osób. Ile ofiar pociągnie za sobą sekta PO w tym naszym Tusktown A.D 2009?

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Ortodoksyjni wyznawcy sekty Tuska"

Prześlij komentarz