12 października 2009

O podpisie równie złym, co jego brak

podpis pod traktatemO miałkości polskich mediów wypowiedziano już milion słów, a ponieważ odnoszę wrażenie, że to zjawisko wydaje się nie mieć dna, to zapewne konieczne będzie wypowiedzenie kolejnego miliona. I ten  bynajmniej też nie będzie ostatnim.

Otóż w momencie, gdy Irlandia w 2008 roku odrzuciła w referendum Traktat Lizboński, to stał się on formalnie bezwartościowym kawałkiem papieru, którego istota zawisła w próżni. Wtedy też pełen uznania dla irlandzkiego "NIE" Prezydent RP Lech Kaczyński postanowił nie podpisywać Traktatu z Lizbony, bo papier na którym miał ów podpis widnieć, stał się po prostu bezprzedmiotowy.

Można było na podpis pod Traktatem spojrzeć jak na formalność, którą możemy dopełnić mimo, że póki co niczego to nam nie da, bo jedno "NIE" wobec traktatu czyniło go jałowym i bezużytecznym. Jednak z drugiej strony gremialne podpisywanie Traktatu mogłoby być odebrane jako próba zaszczucia Irlandczyków, wręcz wywierania presji na ten mały acz waleczny naród.

Prezydent jasno określił się wtedy i wybrał mniej popularną lecz bardziej "przejrzystą" strategię. Strategia uszanowania cudzego zdania, prawa do własnej decyzji i zaaprobowania tego stanu, że ktoś inaczej zadecydował niż chciała tego Europa, ogarnięta euroentuzjastycznym rozwolnieniem traktatowym. Zupełnie jakby ten dokument stanowił panaceum na wszystkie unijne bolączki, który z tego zbiurokratyzowanego kołchozu miałby uczynić perfekcyjnie funkcjonujący organizm wielopaństwowy.

Niestety, dla polskich mediów to nie stanowiło żadnej argumentacji, zatem jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się w polskich mediach twarze, które używając brukselskiej nomenklatury językowej, krytykowały brak podpisu. Mogliśmy się dowiedzieć ileż to codziennie Polska traci z tego powodu, że traktat jeszcze nie ratyfikowany przez pióro prezydenckie. Zaczęto nas karmić wprost dramatycznym opisem "rzeczywistości", w którym to pozycja Polski na arenie międzynarodowej tak przez ten brak podpisu została osłabiona, iż dziw bierze że naród polski jakoś przetrwał i wyszedł z tego oczekiwania na podpis bez szwanku.

W analogicznej sytuacji były przez długi czas Niemcy, którzy także nie mieli traktatu podpisanego, ale tam jakoś nie dawało się odczuć nastroju wypełnionego tyleż ślepą co głupią paniką, która by na niemiecką głowę państwa kierowała całą masę gromów. Zresztą u Czechów było podobnie, tam to widocznie mniej bolszewików więc i antypaństwowy jazgot zupełnie bez siły przebicia. Ot, zrobili lustrację to i moskiewskie pieski tam nie fikają.

Ale w końcu się doczekaliśmy, Irlandia powiedziała traktatowi "TAK" (jakby powiedziała NIE to ani chybi byłoby trzecie referendum, do skutku) i parę dni po tym Prezydent Kaczyński (jak zresztą obiecał) podpisał Traktat Lizboński. Pomijam już, że natychmiast ucichli dziennikarze, którzy głośno twierdzili iż Prezydent "gra" tym podpisem (raczej jego brakiem), że chce coś osiągnąć, że pracuje na PiS-owski elektorat. Po prostu całe lawiny zarzutów. Prezydent miał to za nic. Raz jasno powiedział dlaczego nie podpisał, a gdy przyczyna zniknęła to podpisał bezapelacyjnie. Wydawałoby się, że w sumie dziecinnie proste i logiczne.

I teraz elementarne pytanie: co zmieniło w polskich mediach to, że Prezydent podpisał Traktat? Nic się nie zmieniło, teraz media po prostu zapraszają inne twarze, które z kolei przekonują nas ile Polska traci (lub dopiero straci) przez to, że Prezydent ów dokument podpisał. Cóż za dziwna sytuacja, prawda? I tak typowa w stosunku mediów do Prezydenta. Zrobi - to źle, nie zrobi - też źle. Zrobi wcześniej - to źle bo za wcześnie, gdy nieco później - to źle bo za późno. Gdy w odpowiednim czasie - to źle bo w ogóle zrobił a można było nie robić w ogóle, lepiej przecież siedzieć cicho. Nie usiedzi cicho to zaraz, że macha szabelką i chce wywołać wojnę. Paranoja, nie?

Zresztą nasze miałkie media mają już nowego bohatera negatywnego. Mianowicie pióro, które zaszwankowało przy podpisaniu traktatu z Lizbony. Zdarzenie normalne, jakich po prostu codziennie wiele. Ale oczywiście pomysłowe głowy już dopisały do pióra własną ideologię, szyderstwom do dziś zresztą nie ma końca. I tak się wyczerpują fizycznie i mentalnie nasi drapieżni dziennikarze polscy wykarmieni "michnikiem", tak się wymęczyli wypatrywaniem tego czy pióro się prezydentowi zepsuło czy nie, ewentualnie na ilu krzesłach usiadł, że gdy w końcu są potrzebni, to nagle sił im brakuje, by wykazać się swoim kunsztem i drapieżnością.

Nagle w obliczu afery hazardowej czy stoczniowej zainteresowanie nikłe, jak coś piszą to po łebkach, jak się już nieco zainteresują tematem, to idą po najłatwiejszej linii oporu. Nic dziwnego, łatwiej z jednego Kamińskiego zrobić prowokatora niż 20 politykom PO udowodnić krętactwo czy łapówkarstwo. Momentalnie, na konferencjach z politykami PO zaczyna brakować pytań, które by się do wyjaśnienia danej sprawy przyczyniły, ani celnie uformowanych niusów, które by daną sprawę wyeksponowały. Niestety, polscy dziennikarze, którzy de facto zajmują mizerne funkcje "zapełniaczy łamów" oraz "stojaków do trzymania mikrofonu", tak się zmęczyli szukaniem drzazg w oku Kaczyńskiego, że sił witalnych zabrakło do opisania belki w oku Tuska.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "O podpisie równie złym, co jego brak"

Prześlij komentarz