16 października 2009

"Alarm Klausewitz" - Praga miastem frontowym

klaus_kaczynskiHistoria, na której oparłem pomysł dzisiejszego felietonu, zaczyna się w 1780 roku.  Wtedy, nieopodal Magdeburga, na świat przychodzi Carl von Clausewitz, jeden z najznakomitszych teoretyków wojny i wojennych strategów (ciekawostka: umarł w tak niedalekim mi Wrocławiu). Zasłynął chociażby z jakże prawdziwego stwierdzenia, iż wojna to po prostu kontynuacja polityki, tylko że innymi środkami. Nie przewidział jednak, że wiele dziesiątek lat później, pod koniec wieku XX, wojna przestanie być wynikiem sporów ideowych, a stanie się perfidnym i bezpośrednim środkiem otwierającym dostęp do zasobów ziemnych, takich jak chociażby ropa naftowa.

Zresztą nie trzeba być ani militarystą ani wielkim tuzem historii, by kojarzyć postać generała Clausewitza. Jego nazwisko pada w słynnym filmie "Upadek" (z niemiecka Der Untergang), ukazującym ostatnie chwile Hitlera, gdzie przed śmiercią ogłasza on pełen desperacji "alarm Clausewitz", czyniąc Berlin miastem frontowym. Powinniśmy go też kojarzyć z rozwinięcia koncepcji "wojny błyskawicznej" (Blitzkrieg), którą to koncepcję poznamy wiele lat później na własnej skórze.

Ale tyle z historii, bo nie to jest główną istotą moich przemyśleń. Mamy rok 2009 i mamy nowy alarm, który pozwoliłem sobie sparafrazować i sformułować jako "alarm Klausewitz". Tym razem podmiotem alarmu i zarazem jego przyczyną jest Vaclav Klaus, Prezydent Czech. Niegdyś Hitler otoczony z jednej strony przez Sowietów, z drugiej przez aliantów ogłasza sławetny alarm. Teraz Vaclav Klaus, otoczony przez całą Europę, która ratyfikowała Traktat Lizboński, pyta i wyraża obawy. Ale to nie on wszczyna alarm, robi to cała Unia wskazując na czeskiego Prezydenta jak na zacofańca i hamulcowego Unii.

A to dopiero początek nagonki na tego polityka, który interes własnego narodu stara się przedłożyć (w jego mniemaniu) nad własną popularność czy też czystą polityczną poprawność, pod której ciężarem należy się ugiąć. I proszę tych moich słów nie traktować jak prztyczka w nos naszego Prezydenta, nie chodzi mi o istotę Traktatu ani jego zawartość. Te aspekty każdy odbiera tak jak rozumuje i uważa. Jeden zobaczy tam cały bukiet korzyści, inny szereg szkodzących kolców.

Ja zamierzam tylko dotknąć materii niezależności poszczególnych państw, w świetle dokumentu jakim jest Traktat oraz jego ratyfikacji. W tym świetle zauważamy, jak bardzo nie liczy się zdanie głów poszczególnych państw czy ich obywateli. Irlandczyków po ich referendalnym "NIE" wytykano palcami i obrzucano euroentuzjastycznym łajnem. Irlandczycy, mimo że to naród odważny, ugięli się jednak pod ciężarem europejskiej poprawności, mówiąc w końcu Traktatowi "TAK", ale jednak chyba nie do końca zgodnie z własną wolą i sumieniem. O tym pisałem już zresztą w felietonie "Wstyd przed strachem czyli wstyd taki, że aż strach".

I tak od ziarnka do ziarnka, od ratyfikacji do ratyfikacji i ostał się nam w Europie rodzynek, który swojego eurosceptycyzmu nie tylko się nie wstydzi, ale wręcz dumnie się z nim obnosi. Wierzę nawet, iż odczuwa z tego pewną satysfakcję, podszytą jednak troską o naród a nie jakimś kompleksem, który trzeba "dokarmiać".

Tak oto mamy unijno-traktatowy "alarm Klausewitz", czyniący Pragę miastem frontowym. Zderzają się tu dwa fronty, eurosceptyczny i euroentuzjastyczny. Jak znam życie, to Klausowi oberwie się naprawdę solidnie (już zresztą nie szczędzono mu razów, jako jednemu z dwóch prezydentów, którzy nie podpisali Traktatu). Tym bardziej że po tym, jak polski Prezydent Traktat podpisał, to czeski Prezydent został sam na placu "bezpodpisowego" boju, cały nacisk presji ze strony Unii skupi się teraz na jego głowie niczym wiązka laserowa.

Wylizana polityczną poprawnością Europa, a zwłaszcza jej lewacki trzon, nie znosi odmienności. Uznaje wolność przekonań, ale jeśli są identyczne jak ich przekonania. Uszanują wolność słowa ale pod warunkiem, że to będą słowa zgodne z ich przekonaniami. Uznają Twoje NIE tylko wtedy, gdy oni też będą na NIE. Jeśli będziesz chciał uważać inaczej to zaczną Cię niszczyć, opluwać, kompromitować. To przeżył już nasz Prezydent, teraz solidnie przekona się o tym Vaclav Klaus. Zresztą taka dola czeka każdego, kto nie podąża "salonowymi" śladami.

Cóż może zrobić teraz czeski Prezydent i co może powiedzieć?. Życzę mu powodzenia i wytrwałości. I wiem, że nawet jeśli nie uda mu się przeforsować zmian, których się domaga, czyli chociażby wynegocjowania przypisu ograniczającego obowiązywanie Karty Praw Podstawowych dla Czech, to już na jakimś odcinku został zwycięzcą, bo to na nim skupia się teraz nadzieja wszystkich eurosceptyków z europejskich państw. Nawet jeśli polegnie, jeśli front euroentuzjastyczny pożre go wraz z kończynami (a tak zapewne się to skończy), to póki co głowa czeskiego państwa może reszcie Europy rzec słowami Jonathana Daviesa: Śmiejecie się ze mnie, bo jestem inny. Ja się śmieję z was, bo wszyscy jesteście tacy sami.

Piotr Cybulski

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu ""Alarm Klausewitz" - Praga miastem frontowym"

Prześlij komentarz