3 września 2009

Stalinowska propaganda wiecznie żywa

Jeśli wierzyć pewnej grupie mocno nagłaśnianych w mediach ?autorytetów?, Polacy powinni wykazywać się nieskończoną wyrozumiałością wobec historycznych fałszerstw dokonywanych dla poprawienia samopoczucia innych narodów. Stepan Bandera był wprawdzie terrorystą, zbrodniarzem i inspiratorem rzezi Polaków, ale nie miejmy za złe Ukraińcom, że stawiają mu dziś pomniki, bo potrzebują jakiegoś bohatera, a innego rzekomo nie mają. Niemieccy ?wypędzeni? (stosowniej byłoby nazywać ich ?uciekinierami?) wymuszają wprawdzie na państwie Niemieckim fałszowanie historii, ale udawajmy, że nie zauważamy, bo służy to pozyskaniu ich głosów dla naszych niemieckich przyjaciół. A od Rosjan nie wymagajmy, aby przyznali jaką rolę naprawdę odegrał ZSSR w wojnie światowej, bo na wyidealizowanym obrazie bohaterskiej ?wielkiej ojczyźnianej? zbudowali całą swą tożsamość i byłoby okrutne wyprowadzać ich z błędu.

W przeddzień okrągłej rocznicy napaści na Polskę, zakończonej jej rozbiorem, eksterminacją i półwieczem niewoli, szczególnie głośno brzmią głosy usprawiedliwiaczy realizowanej z niezwykłym tupetem propagandy historycznej Kremla. Mało kto ma wprawdzie czelność negować, jak czynią to oficjalne rosyjskie władze, istnienie tajnego protokołu do paktu Ribbentrop ? Mołotow, dowodzić, że miał on służyć oddaleniu wojny od ZSSR albo twierdzić, że ludność wschodniej Polski i krajów Bałtyckich sama, dobrowolnie chciała do ?ojczyzny proletariatu?. Ale relatywizując winy ZSSR wciąż gorliwie upowszechnia się mediach mity sowieckiej propagandy. Wciąż słyszymy o ?nieprzygotowaniu? sowietów do wojny, o ?słabości? wyniszczonej czystkami Armii Czerwonej, wyposażonej na dodatek w ?przestarzałe i lekkie? czołgi, a nade wszystkim o tym, że Stalin nie chciał wojny, panicznie się jej bał i ufał Hitlerowi.

Prawda, udowodniona w licznych opracowaniach historycznych, jest zupełnie inna. Stalin chciał wojny światowej i dążył do niej bardzo konsekwentnie przez wiele lat, podporządkowując jej cały potencjał ogromnego kraju, jaki znalazł się pod władzą bolszewików. Od samego początku stawiał na Hitlera, jako tego, kto zburzy wersalski ład i pchnie państwa kapitalistyczne do wyniszczającej wojny, która, zgodnie z doktryną, doprowadzi do światowego zwycięstwa rewolucji komunistycznej.

Stalina usiłuje się dziś przedstawić jako rosyjskiego imperialistę, kolejnego w szeregu carów, kierującego się chęcią podboju i rusyfikacji Polski czy Mandżurii jako nowych kolonii. To historyczny fałsz. Retoryka ojczyźniana, a potem imperialna, pojawiła się w ZSSR dopiero w chwili, gdy Niemcy podeszli pod Moskwę. Komuniści przekonali się wtedy, że mimo całej indoktrynacji, walka za sprawę światowego komunizmu niespecjalnie ich poddanych interesuje, i tylko hasło ?spasaj Rossiju? może wykrzesać z nich większą ofiarność, niż w pierwszych miesiącach wojny, kiedy to całe dywizje łatwo szły w rozsypkę lub poddawały się. Ale tej retoryki nie można rzutować na działania sowieckiego przywództwa w latach trzydziestych, a tym bardziej tłumaczyć nią np. paktu Stalina z Hitlerem.

Doktryna, wyznawana na Kremlu, stawiała sprawę jasno: kapitalizm wytwarza ?nierozwiązywalne sprzeczności?, wskutek których wojna jest nieuchronna. Jest też pożądana i nieodległa. Kierując się tym przekonaniem, Stalin czynił przygotowania wojenne na skalę w historii nieznaną i nie spotykaną. Zagłodził miliony ludzi, aby za sprzedaną żywność budować wielkie zakłady zbrojeniowe i kupować technologię. Uruchomił program szkolenia 150 tysięcy pilotów i setek tysięcy spadochroniarzy, uruchomił produkcję czołgów, dział i samolotów przekraczającą moce produkcyjne całej reszty świata, wszystkich razem wziętych krajów ?kapitalistycznych?, włącznie z również szykującymi się do wojny Niemcami.

Oczywiście, zgodnie z nauką wielkiego stratega Sun Cy i własną, wrodzoną chytrością, Stalin zbrojąc się jednocześnie włożył wiele wysiłku, by oszukać Zachód, że zajęty jest ?budowaniem socjalizmu w jednym kraju?, że niczym Chiny odgradza się murem od zepsutego świata i porzuca myśl o światowej rewolucji. Zamiast podbijać kapitalizm, zbuduje po prostu taki raj, że poddanie kapitalistycznych reżimów będą przez druty kolczaste i zielone granice uciekać na wschód. Współcześni dali się nabrać, bo nie wiedzieli, co się w owym raju dzieje. Ale dziś, gdy to wiemy, wystarczy zadać najprostsze pytanie: czy Stalin robił cokolwiek dla poprawy życia swych poddanych? Czy rozwijał jakąkolwiek produkcję cywilną, budował osiedla mieszkaniowe, fabryki nawozów i maszyn rolniczych, system bezpieczeństwa socjalnego? Nonsens! W sowieckim raju robotnicy, nawet dzieci, harowali jak niewolnicy pod batem po dwanaście godzin na dobę, kwadrans spóźnienia karano łagrem, konsumpcję ograniczano do minimum, a wszystko to służyło wyłącznie wytwarzaniu broni. Jeszcze na długo, zanim widmo wojny zawisło nad Europą, zanim jeszcze Hitler zajął Nadrenię, Stalin planowo i z niespotykanym rozmachem tworzył największą potęgę militarną w dziejach.

Czystki wśród kadry oficerskiej zdezorganizowały i osłabiły Armię Czerwoną, słyszymy wciąż pogłos wieloletniej propagandy, a Wojna Zimowa wykazała jej słabość. Tak można sądzić tylko stosując burżuazyjny sposób myślenia. Z punktu widzenia towarzysza Stalina było zupełnie inaczej. On nie potrzebował zdolnych strategów, tylko fanatycznych, posłusznych wykonawców, gotowych na jego rozkaz pchać miliony żołnierzy w przepaść i samemu tam bez chwili wahania skakać. Wojna w Finlandii, bezsensowne pchanie mas wojska i sprzętu w skrajnie niesprzyjających warunkach naturalnych na teoretycznie niemożliwe do zdobycia umocnienia, zakończone ich zdobyciem (!) musiał uznać Stalin za sukces swej metody. Przy daleko mniejszych stratach w pierwszej wojnie światowej patriotyczne wojska francuskie, broniące zaatakowanej ojczyzny, zbuntowały się. A Armia Czerwona rzucana do ataku na czterdziestostopniowym mrozie, masakrowane przez niewidzialnego wroga spoza nieosiągalnych umocnień ginęły dziesiątkami tysięcy i nikt się nie zbuntował, nikt nie odmówił wykonania rozkazu. Tak, czystka zrobiła swoje, a wojna fińska dowiodła tego. Straty? Ludziej monogo, czołgów i dział też.

Stalinowska sztuka wojenna różniła się zasadniczo od tej burżuazyjnej, która, jak wiadomo, jest sztuką tworzenia przewagi i zadawania ciosu w miejscu rozstrzygającym. Stalinowska sztuka wojenna zaś polegała na tworzeniu miażdżącej przewagi wszędzie i uderzaniu na wszystkich kierunkach bez najmniejszej zwłoki. Dowodzenie Armią Czerwoną w roku 1941 i 1942 było istotnie fatalne, polegało ono na nieskoordynowanym pchaniu na wroga całych dywizji, jakby podawanych mu w ten sposób na tacy do zniszczenia. ?Najbardziej ofensywna armia świata? zakazywała okopywania się, jakiejkolwiek obrony, wyznawała tylko nieustający, zajadły szturm w oczekiwaniu, aż przeciwnikowi skończy się amunicja. Zanim jej dowódcy nauczyli się, że wojna polega jednak nie na tym, doprowadzali do kolejnych potwornych klęsk, mimo posiadanej gigantycznej przewagi liczebnej i materiałowej. Ale to nie było efektem żadnego ?osłabienia?, tylko jak najbardziej świadomego działania Stalina, który tak właśnie przygotował rewolucyjną armię do podboju świata, wyniszczonego wprzódy wojną imperialistyczną. Oczywiście, tę ostatnią wyobrażał sobie, jak wszyscy w tym czasie, jako powtórkę niekończącej się, wyczerpującej wojny pozycyjnej.

Stalin miał w roku 1941 aż 61 dywizji pancernych (Hitler sześć, z których najsilniejsza liczyła o połowę mniej czołgów). Do tego 304 dywizje piechoty, liczne korpusy kawalerii, kilkanaście tysięcy samolotów? Ponad 26 tysięcy ?przestrzałych i lekkich? czołgów sowieckich pod każdym względem górowało nad niemieckimi, a ponad tysiąc T-34 i KW do czasu zbudowania ?Panter? i ?Tygrysów? w ogóle nie znajdowało godnych przeciwników. Do tego ZSSR miał wspaniałą pozycję strategiczną, a Hitler stopniowo wikłał się na wszystkich kierunkach. Stalin miałby się go bać, ?oddalać zagrożenie?? Nonsens! Stalin faktycznie nie wierzył, że Hitler zaatakuje, ale to dlatego, iż wiedział, że nie ma czym, i nieprędko będzie miał, bo nawet nie przestawił gospodarki na reżim wojenny, w jakim gospodarka ZSSR pracowała jeszcze przed podpisaniem paktu z Hitlerem!

Stalin konsekwentnie dążył do wojny i pchał do niej Niemcy. Dyplomatyczna aktywność lat trzydziestych, inspirowanie rozmaitych ?paktów zbiorowych? wymierzonych w ogłoszony największym wrogiem ludzkości faszyzm była przebiegłym sposobem wykazania Hitlerowi, że musi wrócić do Rapallo, do strategicznego sojuszu z Rosją, od którego stanowczo odżegnywał się w ?Mein Kampf?. I Hitler uwierzył, jak zresztą wierzy do dziś cały świat, że Stalin to w rzeczy rosyjski car, imperialista, kierujący się interesami swego kraju, a światowa rewolucja to tylko takie propagandowe gadanie.

Hitler zakładał, że pakt z Rosją ochroni go przed wojną na Zachodzie ? że Anglia i Francją, rozumiejąc, iż Niemcy zyskały niewyczerpane zaplecze do prowadzenia takiej wojny, i nie da się już ponownie zwyciężyć ich przez zagłodzenie, jak w roku 1918, poniechają jakichkolwiek prób. Stalin zaś zakładał, że zapewniając Hitlerowi surowce i zachęcając go do wojny, właśnie wywoła wojnę na Zachodzie. Oczywiście, to on miał rację.

Potem wojna ta poszła zupełnie nie po jego myśli. Cała gigantyczna machina wojenna, stworzona kosztem doszczętnego wyeksploatowania państwa, które ? jak liczył amerykański futurolog z początku wieku XX, gdyby utrzymało kurs Stołypina, byłoby w roku 1950 mocarstwem równym siłą Wielkiej Brytanii, Francji i USA razem wziętych ? wystarczyła ?zaledwie? na zdobycie Berlina, Europy Środkowej i Bałkanów. To szczęście dla świata, i asumpt do produkowania post factum historycznych bzdur, czyniących ze Stalina poczciwego ?wujka Joe?, sprzymierzeńca Zachodu i przywódcy do ostatniej chwili pragnącego zachowania pokoju. W świetle faktów ta wciąż oficjalnie podtrzymywana historia II Wojny Światowej jest jednak stertą bzdur.

Więc wiadomo ? tym gorzej dla faktów.

Rafał Ziemkiewicz

Udostępnij wpis

0 komentarzy do wpisu "Stalinowska propaganda wiecznie żywa"

Prześlij komentarz